Kurs latania…

Dodał Ewelina Raczyńska, 23 października 2018 Kategorie: Aktualności, Działalność szkoleniowa, Ważne Brak komentarzy

Na początku października wydarzyło się coś wartego odnotowania – grupa młodych, silnych, przez co obarczonych toną codziennych obowiązków ludzi zgrało terminarze i wyjechało na wielkie skały, tworzące górę Biakło. Jest również znana jako mały Giewont, a znajduje się w okolicach Olsztyna koło Częstochowy. Warto wspomnieć, że był to wyjazd szkoleniowy (pierwsze dwa dni z sześciu), w ramach kursu taternictwa jaskiniowego, mający na celu wprowadzić paru żółtodziobów w ekscytujący świat wspinaczki. Jest ona ważną częścią chodzenia po jaskiniach, gdyż, co ciekawe, wiele jaskiń odkrywa się od dołu do góry, a nabyte podczas wspinania wyczucie skały pozwala z taneczną gracją przemieszczać się po korytarzach jaskiń.

 

Aut. Jacek Malinowski

 

5 października dwa samochody wyruszyły z Wrocławia, aby zameldować się na nocleg i wyspać przed dwoma dniami nauki. W sumie zebrało się nas osiem osób: dwoje instruktorów, czworo kursantów i dwie wolne dusze. Jak to zwykle bywa, po bardzo przyjemnym wieczorku integracyjnym do łóżek trafiliśmy dopiero po pierwszej w nocy. Mimo krótkiego snu, rano wszyscy podekscytowani znaleźliśmy się pod ścianą. Pod okiem dwójki przesympatycznych instruktorów: Eweliny Raczyńskiej oraz Michała ,,eMCe” Macioszczyka, przyswajaliśmy wszystkie potrzebne do wspinania umiejętności, nieustannie gnani pozytywną motywacją z ich strony. Ich opowieści przeniosły nas na wielowyciągowe ściany i wielkie lodowe ściany.

Poznaliśmy sprzęt, techniki wspinaczkowe takie jak: zakładanie stanowisk, wycofy, asekuracja czy… nie zabijanie się. Teoria przeplatana była praktyką oraz wspinaczką w parach. W sobotę Hubert zaprezentował nam jak bezpiecznie spadać, a Rafael ,który wraz z małym Stasiem odwiedzili nas pod skałą, udowodnił, że buty to niekonieczny luksus we wspinaniu, pokonując trudny fragment boso.

Wszystko zmierzało ku temu, abyśmy potrafili pokonać ścianę tradowo, czyli na własnej asekuracji. Stało się to faktem w niedzielę, kiedy to każdy po (jeśli wierzyć instruktorce Ewelinie) szybkich postępach każdy miał okazję pokonać drogę w tym stylu. Jeszcze tylko podsumowanie na wspólnym obiedzie i ruszyliśmy w drogę powrotną. Kolejni na naszej drodze ludzie z pasją, kolejne poszerzające horyzonty opowieści, które wnoszą o niebo więcej niż najlepsza fachowa literatura, kolejne pokonane granice. A wszystko podsumowane ważnym wnioskiem: w górę nie polecisz.

 

Piotr Śliwiński

Na letnim obozie 2018

Dodał Ewelina Raczyńska, 23 października 2018 Kategorie: Aktualności, Działalność szkoleniowa, Ważne Brak komentarzy

Zapraszamy do przeczytania dwóch relacji, napisanych przez kursantów, będących na tym samym obozie, ale w innych grupach:

 

 

 

 

Relacja Piotra Śliwińskiego:

Zgodnie z programem kursu, którego zdrowi na ciele i umyśle, dobrowolnie, my tegoroczni kursanci,  podjęliśmy się, odbyliśmy praktykę/przygodę w jaskiniach tatrzańskich. Jest to wielkie przeżycie dla jaskiniowego żółtodzioba, ponieważ musi on przełamać mnogie lęki, dyskomforty oraz ograniczenia, a także uporać się z niewyobrażalnie magicznymi doznaniami estetycznymi którymi raczą tatry zachodnie. Tak skrajne doświadczenia potrafią rozchwiać emocjonalnie najtwardszego harpagana. Na szczęście można liczyć na wieczorne sesje terapii grupowej pod okiem najlepszych instruktorów, doświadczonych grotołazów oraz krzepiących zup na chmielu.

Na tego rocznym obozie stawiło się parunastu kursantów, sympatyków klubu oraz instruktorów. Pozwoliło to na stworzenie trzech zespołów składających się z 5 kursantów i jednego instruktora. Na akcje jaskiniowe wybierały się również rekreacyjnie jaskiniowe wygi, wspomagając instruktorów. Powinniśmy przyzwyczaić się, że grotołazi urlop spędzają zażywając delikatnego ruchu i krioterapii w jaskiniowym SPA.

 

 

Tradycyjnie bazą noclegową była chatka Truchanki. Witów 314, wspominam gdyż polecam całym serduszkiem. Uczestnicy wyjazdu zaczęli napływać w piątek 29.06 zajmując wygodne łóżeczka. Reszta, która dojeżdżała w ciągu nocy musiała zadowolić się przytulną trolownią i skrawkami podłogi. Nikomu to jednak nie przeszkadzało, wszakże to część przygody!

Rano dnia następnego zaplanowane było szkolenie z zasad obowiązujących w Tatrzańskim Parku Narodowym. Jest to obowiązkowa część szkolenia na taternika jaskiniowego. Wyjście zaplanowane na godzinę 8:00 ucieszyło rześkich po wczesnej pobudce lub nieprzespanej nocy kursantów, w końcu szkoda dnia! Pracownik parku  się rozpoczął szkolenie niezwykle ciekawym wykładem, wspominając między innymi w paru słowach o kolonii kornika drukarza, piciu wody ,,strumyczanki” oraz obrony przed atakiem niedźwiedzia. Warto zapamiętać, aby przy kontakcie z niedźwiedziem nie uciekać bo nie ma to sensu. Trzeba powoli wycofać się będąc odwróconym w jego stronę.

Wieczorem Dagmara, kierowniczka kursu podzieliła nas na grupy. Mogliśmy, więc zaplanować akcję na następny dzień. Tak więc moimi kompanami zostali Hubert, Asia oraz Bartek. A naszym mentorem Szymon Kostka. Szymon jest bardzo doświadczonym grotołazem i eksploratorem, MacGyverem. Skrajnie cierpliwy dla kursantów, sprawiający, że każdy w każdej sytuacji czuł się możliwie komfortowo. Dzięki niemu i jego nieodłącznemu aparatowi mamy górę przepięknych zdjęć ukazujących nasze zmagania. Nie da się zliczyć wszystkich patentów, które nam przekazał, ale moim ulubionym jest jedzenie jogurtu z płatkami na dnie jaskini. Zgodnie z zasadami każdemu wyjściu przewodził jeden z kursantów obejmując funkcję kierownika. Do jego obowiązków należało między innymi wybranie jaskini, opracowanie drogi dojścia, zaplanowanie na podstawie planu ilości lin oraz dopilnowanie porządnego ich przygotowania. Podczas pierwszej akcji przewodził nam Hubert. Z jego woli następnego poranka mieliśmy zmierzyć się z jaskinią Marmurową.

 

 

A więc zgodnie z planem o godzinie 8:00 wyruszyliśmy z ochotą w drogę. Dla mniej wysportowanych z nas okazało się to o wiele cięższe niż zakładaliśmy. Powodem mogły być wypchane do granic możliwości plecaki lub łagodne podejście pod Adamicę, ale ostatecznie wszyscy podołali i stanęliśmy pod otworem naszej pierwszej tatrzańskiej dziury. Było to dla wszystkich szczególne doświadczenie. Jaskinia okazała przepiękna, ze względu na zapierające dech w piersiach studnie. Każda kolejna dłuższa aż do zwieńczającej nasze przejście studni Kandydata o wysokości 60 metrów. Tutaj miała miejsce ważna lekcja, mianowicie wyjść w górę studni jest o wiele ciężej niż nią zjechać. Po wyjściu z jaskini zaskoczeni zostaliśmy opadami śniegu które jednak nie trwały długo a pozostawiły po sobie ślicznie wyglądający biały dywan na zielonej roślinności. Pod otworem jaskini zostaliśmy odwiedzeni przez ciekawskie kozice, które skakały niewzruszone parę metrów od nas. Wróciliśmy szczęśliwie do bazy, lecz z lekkim niepokojem myśleliśmy o kolejnych podejściach do jaskiń.

Następnego dnia z powodów zdrowotnych do jaskini Kasprowej Wyżniej oraz Średniej nie mógł wybrać się z nami Bartek, oraz Asia, która pielęgnowała chorego przygotowując się jednocześnie do wyjazdu. Niestety zobowiązania zawodowe zmusiły ją do powrotu. Nasze szeregi zasilił Józek, harpagan, który bez mrugnięcia przejął obowiązki dwóch osób. Dojście do jaskini okazało się niebezpieczne. Najpierw ja zostałem zaatakowany przez drzewo co skończyło się sporym zadrapaniem twarzy, a potem Józek poślizgnął się niebezpiecznie koziołkując w dół stromego zbocza. Na szczęście nic poważnego mu się nie stało. Punktem programu był 65 metrowy zjazd pomiędzy otworami jaskiń ze znaczną ekspozycją.  I tak oto minął dzień i wieczór dnia trzeciego.

Następnego dnia połączyliśmy się z grupą, nad którą piecze sprawował Krzysiek Furgał i taką doborową zgrają osiągnęliśmy salę Dantego w jaskini Ptasiej. Do bazy przyszło nam wracać podczas zachodu słońca, co było wręcz mistycznym przeżyciem spotęgowanym świadomością przypadającego na kolejny dzień, restu. Wolnego dnia każdy odpoczywał po swojemu, jedni na górskiej przechadzce, inni posilając się w zakopiańskich knajpkach a jeszcze kolejni bycząc się cały dzień w bazie. Niestety tego dnia nasza grupa znowu straciła jednego członka, Hubert musiał wrócić do domu.

 

 

No więc następnego dnia w skromnym gronie, Szymon, Józek i ja, zdecydowaliśmy się na jaskinię Wielką Śnieżną. Mieliśmy ułatwione zadanie, ponieważ przed nami do jaskini weszła trzyosobowa grupa, z której poręczówek korzystaliśmy. Bardzo intrygujący był lodowy wodospad tuż za otworem wejściowym, pomimo wysokiej temperatury na zewnątrz jaskini. Udało nam się osiągnąć suchy biwak, gdzie może kiedyś przyjdzie nam biwakować. Kolejny dzień ze względu na warunki atmosferyczne był przymusowym restem, nikt nie miał wątpliwości, że był to słuszny wybór gdyż napływały przykre doniesienia o porażeniach piorunem turystów.

Na ostatnie, sobotnie, wyjście z osób, które jeszcze nie wyjechały utworzyliśmy jeden zespół i zaplanowaliśmy wyjście do jaskini Czarnej.

No i czas na powrót do rzeczywistości. Zmęczeni rozjeżdżamy się do domów myślami błądząc jeszcze przez krótką chwilę po rozległych salach i ciasnych korytarzach jaskiń. Wszystko co spotkało nas podczas obozu, chodzenie poza szlakami, dźwiganie mokrych lin, chłonięcie historii, związało nas w bardzo szczególny sposób z górami i środowiskiem grotołazów, bez względu na to czy ktoś będzie kontynuował swoją przygodę z jaskiniami po kursie czy też nie. Na koniec należy zadać sobie jedno bardzo ważne pytanie: jak zaliczyć ten cho***ny egzamin z topografii Tatr?

 

 

Relacja Kamili Mikołajczak:

                        Po wielu godzinach spędzonych w skałach, na sztucznej ścianie i wieży strażackiej, po zdanych egzaminach wewnętrznych oceniających naszą sprawność w posługiwaniu się rolkami, shuntami, crollami i małpami – nadszedł dla nas wreszcie długo wyczekiwany moment próby, czyli letni obóz tatrzański. Jak niektórym wiadomo, idea tego obozu jest taka, żeby bez uszkodzenia siebie przejść możliwie dużą ilość jaskiń – najlepiej 5 lub więcej, co jest jednym z warunków dostąpienia później przywileju zdawania egzaminu na kartę taternika. A zatem – w dobrych nastrojach i z pytaniami w głowie z cyklu: „czy dam radę?”, pojawiliśmy się w większości w ostatni piątek czerwca AD 2018 w stałej już bazie klubów wrocławskich – Truchanówce, z którego to miejsca do Doliny Kościeliskiej, będącej głównym punktem speleologicznych wycieczek, jest już przysłowiowy „rzut beretem”. Upchnięci na łóżkach, karimatach i gdzie się dało, postanowiliśmy zaznać choć kilku godzin snu. 

            Zanim spróbowaliśmy sił w dziurach, udaliśmy się w sobotę rano na spacer połączony ze szkoleniem z przedstawicielem Tatrzańskiego Parku Narodowego, na którym dowiedzieliśmy się, między innymi, jak działać, aby było to zgodne z regulaminem tego objętego ochroną obszaru. Otrzymaliśmy też całkiem pokaźną garść ciekawostek dotyczących tatrzańskiej fauny i flory. Będąc wyposażonym w te informacje – nie pozostało nam nic innego, jak złapać trochę oddechu przed czekającym nas nazajutrz wyzwaniem, to jest naszą pierwszą w życiu (dla większości) tatrzańską dziurą, która to miała mieć niewiele wspólnego z tym, co widzieliśmy do tej pory na Jurze i w Sudetach. I jak się miało wkrótce okazać, rzeczywiście Jura i Sudety nikomu z nas nie dały tak w kość, jak wielkie głębokie studnie i strome podejścia z plecakiem, który ważyć miał połowę tego, co my (no – przynajmniej tak nam się w amoku wchodzenia pod górę wydawało). Część z nas wróciła zatem, po wspomnianym szkoleniu, na bazę, inni wybrali się do schroniska na Hali Ornak na szybki obiad, a ci najbardziej spragnieni górskiej przygody poszli na krótsze bądź – częściej – dłuższe tatrzańskie wycieczki, z których wrócili dopiero późnym wieczorem.

 

          

  Moja grupa kursowa pod wezwaniem Instruktora Krzysia, którego poczucie humoru miało dodawać nam otuchy przez cały kolejny tydzień – składała się z czterech osób: Pauli, Antona, Adasia (który dołączył do nas ze Speleoklubu Łódzkiego) i mnie. Na pierwszy ogień i rozruszanie się poszła Kasprowa Wyżnia, przy której to jaskini podobno „kursanci za bardzo się nie namęczą”. Z perspektywy czasu myślę jednak, że to wyjście dostarczyło nam całkiem sporo emocji. Był to pierwszy raz, kiedy, oprócz siebie, musieliśmy wtargać pod górę liny, kaski i, tak zwany, sprzęt osobisty. Nie było to wcale takie łatwe. Po drugie: nie mieliśmy pojęcia, jaką ścieżkę wybrać, żeby dojść do jaskini. W końcu po kilku… czy kilkunastu minutach debaty – wybraliśmy drogę może nie najlepszą, ale też znowuż nie najgorszą 😉 Po trzecie, nie mogliśmy znaleźć otworu, mimo udzielonych nam wcześniej na bazie wskazówek, że „trzeba obejść tę górę”. Wreszcie, po czwarte, opuszczenie liny metodą „na złodzieja” w celu dotarcia do trawersu prowadzącego do Kasprowej Średniej nie bardzo się udało, ponieważ lina zapętliła się na kamieniu i cała skomplikowana operacja zdjęcia jej zajęła tym najbardziej doświadczonym wśród nas, czyli Krzyśkowi oraz Danielowi i Piotrowi (którzy dołączyli do naszej grupy na okoliczność tego konkretnego wyjścia), około godziny. Na szczęście – z pozytywnym skutkiem. Grunt, że przynajmniej częściowo plan zdobycia jaskini powiódł się. Kasprowa Wyżnia – obejrzana, choć na odwiedziny w Średniej musimy jeszcze poczekać. Po akcji wróciliśmy dość wcześnie na bazę i zaczęliśmy, w tym samym składzie kursantów, planować wyjście do Jaskini Marmurowej, w której to można było się już zmęczyć, zwłaszcza na podejściu na tak ukochanej przez wszystkich morderczej Adamicy. 

 

           

Akcja w Marmurowej była udana, oczywiście nie bez przygód godnych kursanta. Adasiowi zacięła się w shuncie rękawica, z którą to walczył wisząc na linie przez pół godziny, przewspinanie fragmentu ściany przez Paulę i Antona też dostarczyło odpowiednich wrażeń, a ja, kierując się znakami w postaci leżącej na ziemi starej rękawicy, wybrałam złą drogę powrotną i na kilkanaście minut utknęłam w zacisku (Dzięki, Adaś, za zejście na dół i kontakt głosowy;)). W końcu przyszedł Krzysiek i uwolnił mnie od dalszych chwil grozy przeplecionych planowaniem diety i wyobrażeń, jak wyglądać będzie spędzone w tym samym miejscu kolejne 30 godzin. „Akcja ratunkowa” przeprowadzona przez Instruktora trwała całe kilkanaście sekund. A zatem każdy bezpiecznie i przed zaplanowaną godziną wydostał się z jaskini. Zdążyliśmy zjeść nawet wszystkie placki w Józefie, zanim do knajpki nie dotarła kolejna nasza klubowa grupa nie mogąca nam wybaczyć, że został im już tylko schabowy. Po obiadokolacji poczuliśmy się gotowi na „najgorsze” dnia kolejnego, to jest na Ptasią Studnię;).

 

          

  Opuścił nas Anton, więc połączyliśmy siły z grupą pod wezwaniem Szymona. Szóstka kursantów: ja, Paula, niezniszczalny Terminator Józek, Hubert, Piotrek i Adaś, a także Szymon S. oraz naszych dwóch Instruktorów – Krzysztof i Szymon, wyruszyliśmy na dość karkołomny, w moim odczuciu, podbój tej nie najłatwiejszej dziury. Mnie pokonał już najgorszy dla mnie na świecie czerwony szlak i wspomniana wcześniej Adamica. Wczorajszego dnia miałam wielką nadzieję na brak przymusu wędrowania tęże drogą podczas obozu raz jeszcze.  Niestety – trzeba było nią wpełznąć znów, a później, ostatkiem sił, z „syndromem dnia trzeciego”, dojść w jakieś sensowne miejsce w jaskini i wyjść z niej. Dotarliśmy do Sali Dantego, na dnie której Szymon z Piotrem zjedli po pożywnym jogurcie z płatkami (!), a reszta po Marsie czy innym Snickersie. I tak wyposażeni w resztki sił zaczęliśmy wychodzić, wychodzić, wychodzić…, a wychodzenie to zdawało się nie mieć końca, lecz w końcu wszyscy wyleźliśmy, myśląc już chyba tylko o tym, że w bazie czeka na nas niejedno zimne piwo, a nazajutrz robimy dzień restowy, z którego oferty każdy skorzystał według własnego uznania. Niektórzy udali się do Zakopca, a ja nie mogłam oprzeć się urokom term, które na nowo pobudziły mnie do życia na tyle, że następnego dnia, w drodze do Wielkiej Litworowej, nawet nie zauważyłam trudności Kobylarzowego Żlebu. Wieczorem na bazie dołączył do nas Andrea, więc znów jak na początku w składzie 4 + Instruktor, poszliśmy do jaskini, która ze względu na kilkudniową już aklimatyzację wyszła nam całkiem sprawnie, chociaż zaporęczowaliśmy ją do tylko do trawersu nad Studnią Flacha. Po akcji wróciłam z Krzyśkiem na bazę, natomiast pozostała trójka postanowiła poleżeć na łonie natury i fotografować kozice, których wyjątkowo dużo pojawiło się w okolicach szlaku.

            I tak zbliżaliśmy się niestety do końca obozu… W piątek miało padać i padało, więc moja grupa została w bazie. Ekipa nie-kursantów, która wybrała się do Czarnej, musiała nakładać kaski w celu ochrony przed gradem.

 

Po całym tygodniu wyzwań i wystawiania siebie i swoich umiejętności na próbę, byliśmy już trochę zmęczeni. Choć teraz, prawie dwa tygodnie po zakończonym obozie, pewnie niejeden z nas chciałby sprzed monitora komputera  czy z wygodnej kanapy, przenieść się z powrotem w tatrzańskie ciemności albo na jakąś klubową  wieczorną imprezę w kuchni Truchanówki…

            Było cudnie. Niech żałują wszyscy, którzy nie dotarli. A dla naszych Instruktorów z SGW  – ogromne podziękowania za komfort, wiedzę, doświadczenie i bezpieczeństwo. Bez Was – byłoby ciężko.

                                                                                                         

 

 

Wyprawa Bzyb 2018 – Poczuj ducha Kaukazu

Dodał Daniel Furgał, 21 października 2018 Kategorie: Aktualności, Działalność zagraniczna, Ważne Brak komentarzy

W dniach 7-28 sierpnia 2018 r. odbyła się wyprawa eksploracyjna klubu SGW w zachodnią część Kaukazu, w masyw Bzyb.

Rejon Abchazji rozbudza wyobraźnię eksploratorów z całego świata, ponieważ znajdują się tam obecnie najgłębsze jaskinie na świecie, w tym Wieriowkina -2212 i Krubera Woronia – 2191 m.

Nie bez przyczyny uwaga speleologów wrocławskich skierowana została na rejon Bzyb już znany, lecz wciąż tajemniczy masyw wapienny z formacjami krasu, biorący swą nazwę od najdłuższej rzeki Abchazji.

Wyprawa rozpoczęła się od przekroczenia granicy w Ingur.

Dla Gruzinów Abchazja jest częścią Gruzji. Jej niepodległość ogłoszona w 1992 uznawana jest tylko przez kilka krajów, w tym Syrię, Nikaraguę, Nauru, a także przez Osetię Południową, Górski Karabach i Naddniestrze. Wjeżdżając od strony Gruzji nie ma więc granicy, jest tu tylko punkt policyjny, gdzie są sprawdzane paszporty. Granica od strony Abchazji otoczona jest zasiekami. Strzegą jej żołnierze, a bagaże podróżnych (turystów i miejscowych) są drobiazgowo sprawdzane. W Abchazji otrzymuje się wizę, której nie można zatrzymać przy przekraczaniu granicy powrotnej.

Dzięki uprzejmości władz w Suchumi zostało nam udostępnione śmigło, którym dostaliśmy się wraz ze sprzętem do bazy. Lot trwał ok. 30 min., ale widoki Kaukazu z lotu ptaka pozostaną z nami na długo.

Eksploracja jaskiń dostarczyć może niezapomnianych wrażeń, szczególnie w momencie, gdy otwiera się pod ziemią przestrzeń, w której człowiek pojawia się pierwszy raz.

Jest to ekscytujące, kiedy podczas przekraczania ciaśniejszych przejść widać już za nimi nowe, czekające na wyciągnięcie ręki przestrzenie.

W czasie wyprawy udało nam się odkryć głębsze partie już znanych jaskiń: Czarnej Heleny, Mariolki, Myśliwego oraz odkryć kilka nowych obiecujących, nazwanych roboczo: B1, B2, B3.

Właściwie wszystkie dotychczasowe nazwy są robocze, ponieważ władze Abchazji są mocno zainteresowane wzięciem udziału w nadaniu imion nowo-odkrytych jaskiń.

Góry Abchazji trwają przez pokolenia, a nowe jaskinie czekają na odkrycie. W tegorocznej wyprawie uczestniczyli: Krzysztof Jabłoński, Daniel Furgał, Piotr Jarosz, Hubert Bigos, Hubert Stolarski, Przemysław Skowroński, Sebastian Madej, Kojot- kierownik. Kolejna wyprawa już za rok.

 

Sebastian Madej

 

Wymiana asekuracji na skale Maciek k. Międzygórza

Dodał Ewelina Raczyńska, 25 września 2018 Kategorie: Aktualności, Działalność krajowa, Ważne, Wspinanie Brak komentarzy

Weekend 15-16 września 2018r. spędziliśmy na działaniach ekiperskich w Kotlinie Kłodzkiej. Akcja miała miejsce na skale Maciek, w Dolinie Bogoryi koło Międzygórza, a odbyła się w ramach stażu ekiperskiego pod okiem doświadczonego ekipera i kustosza skał tego rejonu – Marka Freusa.

 

 

W związku z tym, że skała była wyjątkowo omszona i zarośnięta wszelkim zielskiem, w pierwszym etapie czekało nas żmudne szorowanie dróg. Z pomocą szczotek, motyczek itp sprzętów użytku ogrodniczego, już po kilku godzinach ciężkiej pracy skała (w liniach dróg) była oczyszczona i nadająca się do rozpoczęcia re/ekiperowania.

 

 

 

Skała Maciek PRZED I PO

 

Na trzech (nr 1,2,3) dotychczas już znanych drogach dokonaliśmy wymiany starej, stałej asekuracji na nową. Została również obita jedna, zupełnie nowa droga (nr 4). Na skale znajdują się też inne drogi, ale czekają jeszcze na ponowne ubezpieczenie.

 

Ewelina i eMCe w trakcie ekiperowania fot. Grzegorz Szmidt

 

W ten weekend zdążyliśmy też już przetestować naszą nową asekurację…:)

Marcin Przybyszewski na drodze „Maciek ja tylko żartowałem”, VI Fot. Ewelina Raczyńska

 

W wyniku powyższych prac powstało nowe topo skały dostępne w pdf tutaj:  Międzygórze Skała Maciek TOPO.

W sumie obiliśmy 4 drogi, zużyliśmy 21 ringów Fixe Hcr 10/90 i 3 stanowiska zjazdowe proste z dwoma ringami (ze stali nierdzewnej). Do prac użyto kleju Fisher V360-S (data ważności 2020r.). Kotwy i kleje niezbędne do prac na skale otrzymaliśmy od IŚW Nasze Skały. Bardzo dziękujemy w imieniu wszystkich wspinaczy, którzy będą korzystać z wymienionych ubezpieczeń.

PS. Bardzo dziękujemy Markowi za cenne rady i poświęcony nam czas oraz dwóm Grześkom za okazaną pomoc!

Ewelina

Uczestnicy stażu:
Ewelina Raczyńska
Michał Macioszczyk (eMCe)

Nadzorujący prace:
Marek Freus

Ekipa wspierająca:
Grzegorz Płoska
Grzegorz Szmidt
Marta Ługowska
Marcin Przybyszewski

 

 

W Gouffre Berger – 06/2018

Dodał Emil Hamera, 17 lipca 2018 Kategorie: Aktualności, Działalność, Działalność zagraniczna, Ważne komentarze 2

Jaskinia Gouffre Berger
( 31.05.2018 – 03.06.2018 )

 

Historia ta wydarzyła się we Francji… a dokładniej ponad 1000 m pod powierzchnią w znanej wszystkim jaskini Gouffre Berger. Głównymi bohaterami będzie 9 osób z 5 różnych klubów w Polsce: Ewelina Raczyńska (kierownik, SGW), Michał Macioszczyk (eMCe, WKTJ), Freindorf Marcin (Frytka, KKTJ), Sekowski Przemysław (SŁ), Fidzińska Kaja (KKTJ), Mariusz Mucha (Many, STJ), Paweł Barczyk (STJ), Krzysztof Juszyński (SŁ), Michał August (August, STJ).

 

DSCN8872

 

Francja okazała się bardzo odległa – do pokonania mieliśmy, w zależność z jakiego miasta ok 1400- 1600 km, co dało około 16 godzin w samochodzie! Na miejsce naszej
zbiórki – kamping „Les-buissonnets”, dotarliśmy między 9-14. Do godzin wieczornych
udało się zebrać wszystkich w komplecie i jeszcze tego samego dnia zaczęło się
wielkie pakowanie sprzętu. Pakowane były przede wszystkim: liny, plakietki, karabinki
(według informacji, które mieliśmy jaskinia miała być niezaporęczowana!),
jedzenie, sprzęt biwakowy.Generalnie udało się wszystko załadować do 19 worów. Po zakończonym pakowaniu rozdzieliliśmy się na dwa zespoły, jeden
poszedł „na miasto” w celach obiadowych, podczas gdy drugi postanowił
pobiegać i zrobić rozpoznanie otworu.

DSC05796

W celu dostania się do otworu Gouffre Berger najłatwiej dojechać na
parking „La Moliere”. Podążając za Google Maps można lekko się zdziwić, gdyż
zaproponowana przez niego trasa prowadzi przez stromą nieasflatową drogę, co
jak się później okazało, nie jest optymalnym rozwiązaniem … Szybkie wytyczenie
nowej trasy pozwoliło nam dojechać na miejsce docelowe – punkt widokowy koło
parkingu “La Moriere”, skąd udaliśmy się dalej pieszo. Droga do otworu zajęła
nam około godziny. Pomimo 200 m różnicy poziomów nie była wymagająca i jest
bardzo łatwa do zlokalizowania, choć należy mieć na uwadzę kilka skrzyżowań,
na których można pójść nie w tę stronę… oczywiście my to zrobiliśmy, co
wymusiło na Pawle bieg przełajowy. Jego mina, wybiegającego z krzaków, po
zorientowaniu się gdzie w końcu jest, zapewniła nam odpowiednią dawkę
dobrego humoru.

Już po ciemku zespół był znów w komplecie na kempingu. Szybka
integracja w celu zgrania charakterów i spać, w końcu następnego dnia
rozpoczynamy akcję jaskiniową!

DSCN8846

 

 

Choć z pewnymi oporami, każdy wstał na czas. W ferworze porannej walki
o krople energodajnej kawy, sprawdzaliśmy prognozę pogody, niestety nie była
idealna… W tym miejscu należy wprowadzić do historii, głównego złego – wodę.
Jaskinia Gouffre Berger jest bardzo podatna na opady deszczu, przynajmniej jeśli
chodzi o partie poniżej biwaku (~ -600m). Podczas przygotowywania planu
wyprawy musieliśmy uwzględnić realne zagrożenie odcięcia zespołu lub
pojedynczych osób, oraz to, że jaskinia może być nie do przejścia z powodu
zalania. Rémy Limagne, który był naszym głównym francuskim źródełkiem
informacji, wskazał nam pewien sposób pomiaru niebezpieczeństwa: na
początku wodnych partii znajduje się trawers „Les Coufinades” – zgodnie z
wytycznymi – jeśli woda znajduje się bliżej poręczówek niż 1 m, należ uznać
pozostałe partie za zalane, a tym samym nie do przejścia. Czy zastosowaliśmy się
do tej zasady opiszę później. Tymczasem, wrócę myślami do bohaterów historii.
Wcześniejsze rozpoznanie pozwoliło nam doprowadzić cały zespół sprawnie do
parkingu, który stał się miejscem postojowym dla naszych samochodów na
najbliższe 3 dni… Jeszcze wspólne zdjęcie przy otworze jaskini i wchodzimy.
Już na samym początku zauważyliśmy, że coś jest nie tak – wlotówka jest
zaporęczowana, podczas gdy według naszych informacji nie miała być. Many
dokłada naszą poręcz. Myślę, że głównie w celu pozbycia się worów niż realnej
potrzeby, chociaż należy zauważyć, że nasze liny są w o wiele lepszym stanie.
Pierwsze zjazdy doprowadziły nas do dużej sali “Puits de Cairn”, która stanowi
początek przeprawy przez meander. Jego pokonanie sprawia nam umiarkowane
problemy, głównie przez ciasnotę i potrzebę targania 2-3 worów na osobę.
Gimanastyka musi być, w końcu bicepsy muszą się wyrobić! Po kilku godzinach
ciorania udało nam się dotrzeć do pierwszej wodnej atrakcja tego dnia – “Lac
Codoux”. Plan B zakładał pokonanie tego jeziorka za pomocą pontonu. Na
szczęście nie było to wymagane i udało się je pokonać trawersując jedną ze ścian,
ucierpiały tylko kalosze i skarpetki.

 

DSCN8830

Ponton, nienadmuchany, oczywiście zostawiamy po drugiej stronie, gdyż
według informacji “Lac Codoux” potrafi być zalane po strop.
Dalsze dojście do biwaku nie sprawiało już trudności – prowadzi przez
rozległe korytarze… Jeśli ktoś ma niewygodne kalosze, radzę zabrać podejściówki
na ten fragment… Sam biwak składał się z 3 namiotów i karimat. Dodatkowo w
sezonie znajduje się tam telefon alarmowy. Od siebie dołożyliśmy palniki i
jedzenie, przez co zrobiło się przyjemnie… tak jak w domu.
Podobnie jak dzień wcześniej postanowiliśmy zrobić szybkie rozpoznanie
dalszych partii, a w szczególności stanu wody i poręczówek. Niestety po dotarciu
do „Les Coufinades” okazało się, że stan wody jest wysoki (odległość do
poręczówek jest mniejsza niż 1 m), co postawiło dalszy plan działania pod
znakiem zapytania.
Z mieszanymi myślami wróciliśmy na biwak, gdzie czekała na nas kolacja –
od razu zrobiliśmy przegląd smaków naszych liofilizatów. Naszym ulubieńcem
stała się kasza jaglana z malinami i szpinak… oczywiście żartuję… strogonow
rządzi !

„Poranek”, wprowadził nas w bojowy nastrój – śniadanie, ubieranie
neoprenów, pakowanie worów awaryjnych z palnikami i jedzeniem, w razie
odcięcia… i pytaniem: Czy uda nam się pokonać wodne partie? Grupą dotarliśmy
ponownie do „Les Coufinades”. Ku naszemu zaskoczeniu woda opadła około 30
cm, tym samym mieszcząc się we wskazaniach „linii życia”, jak określił ją Remi.
Euforycznie ruszyliśmy do pokonywania trawersu. Po kilkunastu przypinkach
niektórzy postanowili pokonać go w sposób mokry – wskakując do wody i płynąc
wpław. Trzeba przyznać, że była to na pewno łatwiejsza opcja, gdyż poręczówka
wymagała sporej siłowej gimnastyki podczas pokonywania. Trawers doprowadził
nas do „wrót” “Cascade Claudine”. Została podjęta decyzja o rozpoznaniu. Many,
Ewelina i eMCe udali się na przód z zadaniem zorientowania się, jak wyglądają
dalsze partie i decyzji co robimy dalej. Po niespełna 15 minutach, zostało
ustalone, że jedynym bezpiecznym sposobem poruszania, będzie podział na
zespoły.

Sama przeprawa przez “Cascade Claudine” dostarcza dużo wrażeń –
praktycznie cała prowadzi nad szybko płynącą rzeką, która swoim odgłosem nie
pozwala na rozluźnienie, które by się przydało, gdyż poręczówka jest w słabym
stanie – stare przetarte liny, połączone z wątpliwymi węzłami to standard.
Najłatwiej opiszę to cytując Manego, który szedł przede mną – pokonując trawers
po mokrych ścianach, odwrócił się do mnie i krzyknął „Przypnij się do tej liny, ale
jak obciążysz to ona pierd…, więc idź po ścianach”. Dobrze, że techniki
zapieraczkowe są proste i łatwe w użyciu… Pewnym urozmaiceniem są zjazdy
wzdłuż wodospadów „Reseu de Cascades” i „Cascade Claudine”, które
przynajmniej na chwilę pozwalają stanąć na płaskim.

Według ustaleń każdy zespół miał zacząć się cofać po 2h od początku “Cascade Claudine”, decyzja taka wynikała z niebepieczeństwa związanego z wysokim stanem wody, nie mogliśmy ryzykować zostania dłużej na najbardziej niebezpiecznym pod tym względem odcinku jaskini. W składzie: Ewelina, eMCe, Many, August i Paweł dotarliśmy do eksplorowanych
partii nad „Pseudo siphonem” (ok. -1100m), dalej przejść się już nie dało ze względu na brak poręczówki i dużego stanu wody. Pozostałe grupy zaczęły wycofywać się trochę
wcześniej. W okolice -1000m dotarła też Kaja z Frytką, natomiast Przemo z
Krzychem zawrócili po obejrzeniu „Grand Canyon”(ok. -860m) – ogromnej sali, gdzie
eksploratorzy zakładają 2 biwak. Niestety czasu nie oszukamy, według ustaleń
mieliśmy zacząć się cofać po 2h i tak wszyscy zrobiliśmy.
Zmęczeni, choć zadowoleni z osiągów wróciliśmy na biwak, gdzie czekała
nas kolejna porcja liofilizatów i co najważniejsze suche ciuchy, które stanowiły
miłą odmianę od przemoczonego neoprenu.
Pozostała część akcji przebiegła zgodnie z planem – pobudka po
regenerującym śnie, pakowanie i wyjście na powierzchnię, należy jednak jeszcze
wspomnieć o “Lac Codoux”, gdzie zostawiliśmy ponton. Okazało się, że poziom
wody spadł na tyle, że nie był on dalej potrzebny i w dodatku mogliśmy przejść
bez trawersowania po ścianie – miłe zaskoczenie.
Na powierzchnię ostatnie osoby wydostały się około godziny 18, niestety –
zgodnie z prognozą – prosto w burzę z piorunami. Ciekawi mnie co by się
wydarzyło w “Cascade Claudine”, jakbyśmy opóźnili akcje o jeden dzień i do
jaskini wpłynęłaby woda z tego opadu – zalałoby by nas? Tego na szczęście się nie
dowiemy.

Noc już na powierzchni spędziliśmy na awaryjnie znalezionym kampingu
„Les eymes”, popijając lokalne wino i dojadając wyprawowe jedzenie – między
innymi rodzynki.
Nazajutrz spakowaliśmy rozwieszony sprzęt, pożegnaliśmy się… i tu
historia się kończy. Życzę, by każdy mógł przeżyć coś takiego. Dziękuję za
wspólną wyprawę, w doborowym towarzystwie!

[Foto – Gouffre Berger]

Michał August
Ewelina Raczyńska (fragmenty)

Kursowy egzamin na Jurze – relacja

Dodał Emil Hamera, 26 czerwca 2018 Kategorie: Aktualności, Działalność, Działalność krajowa, Działalność szkoleniowa, Ważne Brak komentarzy

W zeszły weekend odbył się ostatni wyjazd przed Tatrami. Tym razem znowu na skale, a nie wewnątrz niej, ponieważ zdawaliśmy egzamin ze sprawnego przemieszczania się po linach. Trzeba było przejść cały tor przeszkód by zostać dopuszczonym do jaskiń tatrzańskich.

Ale od początku.

Zbiórka pod ścianą była ustalona o 10. Niektórzy przyjechali już dzień wcześniej by się trochę wyspać (teoretycznie) i mieć dużo sił. Już sam dojazd pod skałę był… Ciekawy. Auta z niskim zawieszeniem lub zbyt wysokie (tak, mówię tu o straży) nie miały łatwo.

Na początku mało się działo. Część osób poszła zaporęczować, inni tylko przeszli się chwilę po linach „na rozgrzewkę” i czekali na egzamin. Ten zaczął się dość późno, no ale cóż zrobić  😉

Za to, moim skromnym zdaniem, wyglądał epicko! Trzeba było najpierw wejść po odciągu od drzewa na szczyt skały. Choć wolę nie wiedzieć ile to miło metrów (Zdecydowanie preferuje tyrolkę w dół, niż podchodzenie po linie) Potem po drugiej stronie był prawdziwy małpi gaj. Cudo. Jakieś trawersy, wielkie ucha i (niestety) przejście przez węzeł. Trochę wyglądało jakby ktoś rzucił liny i tak jak się ułożyły tak przypiął. No czemu nie.

Limit czasu dla kursowiczów to dwa razy czas Daniela czyli 56 minut… A mi zajęło 56. Na styk! Kilka osób zaliczyło, kilka następnego dnia, a kilka zmierzy się z linami jeszcze raz na wieży. Trzymamy kciuki!

Trasa wcale nie była taka łatwa (choć bardzo mi się podobała!) Odciąg zmęczył chyba każdego z nas. Potem czasem ktoś się poplątał, liny pomylił, wjechał w węzeł (też jestem tu przykładem), sprzęt wypadł z ręki. Ostatni kursant jak kończył to już się ściemniało.

Co mi się jeszcze podobało na wyjeździe? Skorzystaliśmy z sytuacji i zaliczyliśmy kilka dróg wspinaczkowych. W końcu!!! Czysta wspinaczka skałkowa! Jak ja to uwielbiam!  I te widoki do góry!!!! (To akurat bez różnicy czy wchodząc po skale czy po linach) Wow, za ostatnim razem jak weszłam na skałę było przepięknie. Na tyle jasno, że wszystko widać, ale już na tyle ciemno, że było widać światła w oknach.

Wieczorem, tradycyjne, była integracja przy ognisku.

Drugiego dnia miałam wrażenie,że coś mamy mniej siły. Czy to przez niewyspanie, zmęczenie z dnia poprzedniego? Czy może przez integrację? Nie mnie oceniać 😉

Część z kursantów już od rana ćwiczyła na „małpim gaju” i potem podchodzili do egzaminu. Ci, którzy zaliczyli egzamin już poprzedniego dnia mieli zaszczyt przećwiczyć autoratownictwo (ała ała ałć).

Popołudniu wszyscy wsiedliśmy do samochodów i powrót do rzeczywistości.

Nie pozostaje nic innego jak czekać na obóz w Tatrach. A zostały już niecałe dwa tygodnie!

 

Speleomajówka: Bułgaria/Serbia/Francja 2018

Dodał Emil Hamera, 15 czerwca 2018 Kategorie: Aktualności, Bez kategorii, Działalność zagraniczna, Ważne, Wspinanie Brak komentarzy

Tego roku kalendarz znów nas rozpieszczał –  pierwszy i trzeci maja wypadał we wtorek i czwartek. Można było jechać w świat na cały tydzień! Jak się ostatecznie okazało, dla nas tegoroczna majówka miała trwać nie tydzień, a aż dwa i ogarnąć swym zasięgiem pół Europy:).

 

 

Swoją podróż zaczęliśmy od wstąpienia do Krakowa po Tomiego, który znów organizował ogólnopolską Wielką Speleomajówkę na Bałkanach (w zeszłym roku odbywała się ona w Rumunii – TUTAJ jest świetna relacja Daniela Furgała (SGW), który w niej uczestniczył), tym razem w Serbii. I to był nasz punkt wycieczki nr jeden, dla Tomiego (i pozostałych kilkudziesięciu osób) na tydzień, dla nas tylko na chwilkę, bo w pierwszej kolejności postanowiliśmy skorzystać z dobrze zapowiadającej się aury i pojechać na 4 dni do nieodległej Bułgarii.

Etap 1: Bułgaria

 

Naszym celem był bardzo popularny na Bałkanach wapienny rejon wspinaczki wielowyciągowej – Вра̀ца, pol. Wraca. Znajdziemy tam zarówno wspinanie po jednowyciągowych drogach sportowych (do 8c), jak i wyśmienite wspinanie wielowyciągowe – drogi osiągają nawet długość 350 metrów (ok. 13 wyciągów). W przewodniku opisano ponad 500 dróg, w tym ok. 250 ubezpieczonych. Uważajcie z wyceną dróg, mieliśmy bowiem wrażenie, że autorzy pomylili się o około 1,5 stopnia! Droga podejściowa do właściwej już drogi wspinaczkowej miała być III-kowa, a okazywała się być często tradową IV+! Bądźcie zatem ostrożni w wyborze dróg:). Podejścia do dróg maksymalnie zajmowały 1,5 godziny. Z dróg zejście jest drogą ferratową, ścieżką lub po prostu konieczny jest wycof.

Bardzo spodobało się nam też bułgarskie podejście do biwakowania. W bliskiej okolicy było mnóstwo darmowych miejsc na namioty, z dostępem do wody, często też toalety. A nieodległa miejscowość okazała się świetnym miejscem na spróbowanie bardzo taniego i pysznego bałkańskiego jedzenia.

 

W ciągu tych kilku dni udało nam się pokonać kilka dróg tradowych 150-250m, o różnych skalach trudności. Jak ktoś ma dość tłumów w Paklenicy polecam w zamian wybór tego właśnie spokojnego rejonu.

 

 

 

Etap 2: Serbia

Po 4 dniach planowano dołączyliśmy do ekipy Tomiego, która przez te parę dni zdążyła odwiedzić i zaporęczować już sporo okolicznych jaskiń. Tomi załatwił nocleg na terenie działającej szkoły podstawowej, gdzie na podwórku mogliśmy rozbić nasze namioty.

 

 

Pierwszego dnia przyłączyliśmy się do grupy, która postanowiła zobaczyć okoliczne góry na granicy serbsko-rumuńskiej. Za radą Tomiego zahaczyliśmy do Băile Herculane w Rumunii. Miejscowość uzdrowiskowa z wodami leczniczymi i gorącymi źródłami, znana również przez wspinaczy. Klimaty niezapomniane:). Rzecz jasna nie omieszkaliśmy też nie wstąpić do krótkiej, ale bardzo pięknej jaskini Pestera Ponicova.

 

 

Kolejny dzień – idziemy do jaskini Rakin Ponor, najgłębszej serbskiej jaskini o głębokości -286m ustalonej nurkowaniem, a zejście na sucho możliwe jest do poziomu –256m. Szybka akcja w sprawnym zespole daje nam jeszcze czas tego dnia na spróbowanie pysznej kuchni lokalnej.

Polecam bardziej szczegółowy i ciekawszy opis odwiedzonych jaskiń serbskich podczas tej majówki przygotowany przez klubowiczów “Nocka” – TUTAJ.

 

 

Etap 3: Francja

 

Po całym tygodniu na Bałkanach musieliśmy się przemieścić w trójkowej ekipie z Grupy Ratownictwa Jaskiniowego (Ewelina Raczyńska, Tomasz Pawłowski i Michał Macioszczyk) do Francji. Mieliśmy bowiem uczestniczyć w stażu ratownictwa jaskiniowego organizowanego przez francuski SSF.
Czekała nas długa podróż przez przepiękną, południową część Europy…

Szczegółowa relacja z tego wyjazdu znajduje się na stronie PZA TUTAJ.

 

 

 

Relacja: Ewelina Raczyńska

Uczestnicy wyjazdu:

Bułgaria: Ewelina Raczyńska (SGW), Michał Macioszczyk (eMCe, WKTJ)
Serbia: Ewelina Raczyńska (SGW), Michał Macioszczyk (eMCe, WKTJ),Tomasz Pawłowski (Tomi, STJ) oraz cała ekipa od Tomiego;
Francja: Ewelina Raczyńska (SGW), Michał Macioszczyk (eMCe, WKTJ), Tomasz Pawłowski (Tomi, STJ), Paweł Jeziorny (Bajorny, JKJ), wszyscy GRJ (Polskę reprezentowali także ratownicy GOPR (Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego) , CSGR (Centralnej Stacji Ratownictwa Górniczego w Bytomiu) oraz BOA (Biura Operacji Antyterrorystycznych Policji))

 

PS. Podziękowania dla Tomiego za ogromne zaangażowanie w organizację serbskiej Speleomajówki, dzięki!

 

 

Wielkanoc w Rjukan – Norwegia 04/2018

Dodał Emil Hamera, 19 maja 2018 Kategorie: Aktualności, Działalność, Działalność krajowa, Ważne, Wspinanie Brak komentarzy

Podczas gdy wszyscy dzielili się świątecznym jajkiem wielkanocnym, my postanowiliśmy skorzystać z paru dni wolnego i odwiedzić Norwegię, a konkretnie Rjukan – europejską mekkę wspinaczki lodowej.

Wspinaczy z całego świata przyciągają tu lodospady idealne zarówno dla początkujących (jednowyciągowe) jak i dla doświadczonych wyjadaczy (wielowyciągowe). Rejon Rjukanu dzieli się na kilka sektorów, każdy z nich ma swoje topo. Przepięknym lodospadom towarzyszy bardzo stabilna pogoda i długi okres możliwej wspinaczki (grudzień-kwiecień).

W czwartek 29.03.2018 wylecieliśmy do Oslo, skąd wynajętym samochodem ruszyliśmy w góry. Polecam wynajęcie auta gdyż mimo, iż z lotniska do Rjukanu jest tylko 170 km, to poruszanie się bez auta pomiędzy sektorami byłoby bardzo kłopotliwe, ze względu na spore odległości. Pod lodospady też zazwyczaj podjeżdza się autem, dzięki czemu nie marnuje się czasu na długie podejścia.

Lodospady - sektor Krokan(5)

Mimo, że był już prawie kwiecień zima tego roku tutaj była bardzo surowa, temperatury w dzień wahały się w okolicach -12st. Lodospady zatem były wyjątkowo okazałe i solidne. Mimo przepięknej słonecznej pogody wspinanie w takiej temperaturze nie należy do lekkich, zamarza dosłownie wszystko. W ciągu trzech wspinaczkowych dni przeszliśmy w sumie kilkanaście kaskad, o różnej trudności, nie przekraczającej WI5. Jeden dzień pozostawiliśmy sobie na odwiedzenie najwyższej góry w okolicy Gaustatoppen (1883 m n.p.m – z podziemną kolejką narciarską na szczyt!). Góra ta (jak zdaje się i cała Norwegia:) stwarza idealne warunki dla narciarstwa ski-tourowego jak i biegowego.

Gaustatoppen 1891 m n.p.m(3)

 

Podsumowując, bardzo polecam ten rejon dla wszystkich fanów “lodów”. O czym warto pamiętać, to żeby zabrać ze sobą swoje jedzenie, Norwegia jest bowiem okrutnie droga. Na noclegi polecam wszystkim znane norweskie domki zwane “hytte”, najtańsza i najprzyjemniejsza opcja zimowa porą.

Foto – Norwegia – Rjukan 2018

W wypadzie udział wzięli Ewelina Raczyńska (SGW) i Michał Macioszczyk (WKTJ).

Pierwsze wyjście z mroku

Dodał Emil Hamera, 22 lutego 2018 Kategorie: Aktualności, Działalność krajowa, Ważne Brak komentarzy

Pierwszy wyjazd kursowy, czyli ten punkt w scenariuszu kiedy kursanci opuszczają zacisze sali wykładowej i ciepło ścianki wspinaczkowej aby stawić czoła wyzwaniu jakim jest naturalna skała ;). Podejmując rękawicę, w podgrupach dydaktycznych stawiamy się około 9:00 na parkingu przy punkcie widokowym w miejscowości Szczytna. Po chwili luźnej gadki o drodze i pogodzie razem z instruktorami ruszamy pod skałę – bo co będziemy tak stać i marznąć ;).

Po szybkim, rozgrzewkowym marszu z elementami nawigacyjnymi ( 😀 ) docieramy do obiektu naszych weekendowych dociekań, czyli bogato obitej skalnej ściany z sympatycznym okapem. Błysk w instruktorskim oku jak nic mówi, że jest dobrze J.

W czasie potrzebnym na założenie uprzęży, dociągnięcie pasków i ogólny ogar na miejsce dociera druga grupa instruktorów z całym potrzebnym sprzętem. Przywdziewamy na siebie kaski, szpej pieszczotliwie nazywanego złomem i dzielimy się na dwie grupy. Osoby, które nie miały przyjemności jeszcze pomacać liny i wpiąć w nią croll-a czy rolki zostają razem z Mirkiem na poziomie „0” gdzie będą szlifować podstawy. Cała reszta dziarsko przemieszcza się na szczyt, pobrzękując żelastwem.

Szybka narada między instruktorami i plan zagospodarowania terenu w postaci ilości lin i ich rozmieszczenia  jest gotowy. Kiedy instruktorzy znikają za krawędzią skały przygotowując dla nas plac ćwiczeń, przychodzi chwila na lekcję pokazową. Temat zajęć: worowanie liny. Dzięki wprawnym ruchom Kojota oraz metodzie kompresji inżyniera” Butowskiego” ( 😉 ) po kilku chwilach cała lina jest w worze. Wszystko zapamiętane i zanotowane.

Zaporęczowane, więc najwyższy czas jechać. Kolejne osoby wpinają się w linę, Krzysiek daje znak, że wszystko „namotane” jest jak trzeba, krótsza/dłuższa chwila zawahania nad krawędzią i… zjeżdżamy! Powoli, spokojnie, od punktu do punktu. Zjazd, przepinka, zjazd. Kiedy tak cała grupa nabywała doświadczenia, pojawia się przedstawiciel lokalnego środowiska wspinaczy i w kilku prostych słowach dzieli się wiedzą o traktowaniu skały tak, by zachowała swoje piękno i cieszyła również przyszłe pokolenia J. Informacja jest przekazana sprawnie i zwięźle, zapada w pamięć każdemu ;). Tymczasem pierwsze osoby docierają do ziemi i mają chwilę odpoczynku. 

Kiedy wszyscy czują już twardy grunt pod nogami, czas na wychodzenie po linie. Pomimo ujemnej temperatury z chwilą wpięcia przyrządów w linę nagle, dziwnym trafem, przestaje być zimno. Może warto by to głębiej przebadać, to całe momentalne zobojętnienie na mróz, występujące po wpięciu w linę croll-a i płaniety w bezpośredniej obecności wysokiej na 20 metrów skały :D. Jeśli ktoś na zbadanie tego tematu wyrwie granty z Unii to 10% dla mnie ;P. 

Ręka, noga, ręka, noga. Wyodrębniają się dwa pomysły na dotarcie do szczytu. Pierwszy – bazujący na lekkości i zwinności, zadający kłam teorii o istnieniu grawitacji oraz drugi, który głosi, że lepiej „bułę” mieć, niż nie mieć. I tak dowolnie wybraną metodą szczyt zdobyty.

Dzień mija i schemat zjazdowo – podchodzeniowy jest powtarzany, a technika non stop poprawiana na podstawie uwag od instruktorów. „Prosta noga!”, „dłuższe ruchy!”,  „stań w uchu!” radośnie wypełnia lasy wokół miejscowości Szczytna J. Niestety wszystko co dobre kiedyś się kończy i czas zbierać zabawki, bo noc nas zastanie. Zdjęcie ze ściany zaporęczowanych lin oraz karabinków przypadło adeptom technik linowych. W chwili kiedy ostatnia lina zostaje zbuchtowana, a „złom” przeliczony, dynamicznym krokiem ruszamy do samochodów i na obiad J.

W lokalnej restauracji napotykamy drobną przeszkodę, ale po kilku zabiegach optymalizacyjnych udało się wspólnie – przy jednym stole zjeść dobry obiadek i uzupełnić w organizmie poziom płynów i mikroelementów  ;). Szybki pit-stop w Biedronce, uzupełnienie zapasów wszelakich i szpula na bazę.

Kulminacyjnym punktem wieczornej biesiady jest szybka powtórka z węzłów. Kursantki i kursanci w trzyosobowych zespołach mają za zadanie zaprezentować sposób wiązania i przeznaczenie węzłów stosowanych w taternictwie jaskiniowym. To jest ten moment, kiedy umiejętność wymieniania się wiedzą w całej grupie kursowej zostaje poddana próbie ;).

Po złapaniu kilu godzin snu grupa podrywa się dynamicznie i po śniadanku ruszamy w teren, aby utrwalać wiedzę. Tym razem docieramy bez problemów, z całym potrzebnym sprzętem meldujemy się pod skałą. Drogi zaporęczowane, można chodzić. Powtarzamy schemat z dnia pierwszego, ale żeby nie było za nudno w czasie jednego ze zjazdów w magiczny sposób na linie pojawia się „motyl”. Nie, nie taki kolorowy ze skrzydłami ;P. Chodzi o jeden z węzłów, który był omawiany poprzedniego wieczoru. Daniel pokazuje nam jak pokonać taki komplikator na trasie i nie pozostaje nic innego, jak tylko to powtórzyć. He-He! Tylko? W asyście pytań przeszkoda pokonana J. Teraz cała grupa zgłębia problem przepiania się przez węzeł.

Drugi dzień kończy się w porze obiadowej – cała banda po wcześniejszym pozbieraniu zabawek wyrusza najpierw na parking a potem w drogę do domu.

Uffff. Koniec? Dwa dni na skale dały do myślenia i pokazały jaki kawał drogi wciąż czeka każdego, kto myśli o eksploracji jaskiń. Można zaryzykować stwierdzenie, że każdy tego weekendu odniósł swój własny, prywatny sukces. A jaki on był? To już inna bajka…;)

 

Relacja kursantów

 

 

Zimowy Obóz Tatrzański 2017/2018

Dodał Emil Hamera, 16 stycznia 2018 Kategorie: Aktualności, Działalność, Działalność krajowa, Ważne Brak komentarzy

Tatrzański obóz zimowy za pasem. Zima jak co roku płatała nam figle. Warunki od śnieżno-lodowych, po permanentne roztopy. Mimo licznych trudności udało zrealizować się przejścia kursowe, a wyjście z jaskini miętusiej wskrzeszało mowę rzymian w nowym pokoleniu grotołazów. Poza kursowo udało się dotrzeć do ciasnych kominów jaskini miętusiej (tutaj pozdrowienia dla naszego brytyjskiego kolegi Chris’a). Sylwester jak co roku udany, a powrót z niego, przy współpracy z PKP zapewnił niezapomniane wrażenia (kto był ten wie).

 

Galeria zdjęć na naszym profilu FB:

Opublikowany przez Sekcja Grotołazów Wrocław na 6 stycznia 2018