Majówka 2017 w Rumunii

Dodał Ewelina Raczyńska, 12 czerwca 2017 Kategorie: Aktualności, Działalność, Działalność zagraniczna, Ważne Brak komentarzy

Jedziesz do Rumunii??? Jak tak to potrzebuje szybkiego potwierdzenia.…

Nie wahając się długo odpowiedziałem: dobra jadę, ale kto organizuje, gdzie, jak i dlaczego?

Tomi z STJ-tu z Krakowa, poznaliśmy się w Czarnogórze na zeszłorocznej Meduzie. W ten oto sposób, pocztą pantoflową, dowiedziałem się,  że organizowany jest wyjazd.

Dalej to tylko, szybkie pakowanie w przeddzień wyjazdu i ogarniecie wszystkiego, czego chcą od ciebie w robocie, jak musisz akurat szybciej wyjść. Uff.. udało się wyjechaliśmy. Oby tylko pogoda dopisała, bo leżący śnieg i lejący wokół deszcze na to nie wskazuje. Po długiej 13-godzinnej podróży, zatrzymujemy się pod miejscowością  Beius,  gdzie po krótkim noclegu ruszamy na zwiedzanie płaskowyżu Padis.

Jest to bez wątpienia  jeden z najpiękniejszych powierzchniowo terenów krasowych znajdującego się w górach Apuseni pasma Bihor w północno-zachodniej części Rumunii. Oprócz, przepięknej krasowej doliny Polana Ponor, licznych wąwozów czy wodospadów, największe wrażenie robi przeogromny 70 metrowy portal będący otworem głównym jaskini Citateli Ponorului. Góry pokryte jeszcze o tej porze roku, głębokim śniegiem, który urozmaica nam podróż.

 

 

Po udanym trekingu ruszamy do naszej docelowej bazy w Casa Traditionale w Rosia, tuż obok jaskini Ciur Ponor. Rozbijamy namioty obok krytych słomą chat, gdzie wieczorami tętniło życie imprezowo-towarzyskie. Jest tam wszystko, by zapewnić pozory cywilizacji, czyli prysznic z zimną wodą, publiczna toaleta, oraz okupowana przez wszystkich kuchnia.

Następnego dnia, po udanym wieczorze integracyjno-zapoznawczym, ruszamy podzieleni na grupy na podbój rumuńskich jaskiń. W swojej grupie idę do jaskini  Ciur Ponor.

Jaskinia ze sporą ilością wody. W ciasnych przełazach, po mimo niewielkiego lustra wody, nie ma możliwości wyjścia będąc suchym. Jaskinia ma łączną długość 20150 m. I kończy się partiami syfonalnymi, do których zmierzamy. Po wstępnych ciasnotach jaskinia kontynuuje się obszernymi gangami, okraszonymi piękną szatą naciekową, przez które szybko pokonujemy znaczne odległości. Docieramy do sali Paragina, w której ogromie mamy kłopot ze znalezieniem meandra prowadzącego do syfonu. Drobnych problemach orientacyjnych, błądząc wśród ogromnych głazów, docieramy do pierwszego z 7 syfonów, kończącego dostępną dla nas część jaskini.

 

 

Kolejnego dnia czeka na nas, jaskinia Craiului (jaskinia Królewska). Jak wskazuje nazwa, bogactwo szaty naciekowej jest tam jeszcze większe, przez co objęta jest ona szczególną ochroną. Początkowe ciasne i błotne partie jaskini, nie zapowiadają nic nadzwyczajnego. Oporęcznowanie jaskini w stylu czeskim, mianowicie drabinki dominują nad tradycyjnymi odcinakami linowymi. Po serii błotnych przełazów, charakter jaskini zmienia się, otwierając przed nami przepiękne ogromne przestrzenie pełne wszystkich możliwych typów nacieków. Spąg jaskini przekształca się regularnie płynącą rzekę, przez której meandry przechodzimy korzystając z stalowych trawersów. Sala główna jaskini, jest bez wątpienia najpiękniejszym odcinkiem jaskiniowym na tym wyjeździe.

Następna jaskinia, którą odwiedziliśmy to jaskinia Avenul Din Sesuri. Przypomina ona w swoim rozwidleniu pionowe jaskinie tatrzańskie, które wszyscy dobrze znamy. Poręczowanie jaskini, było  niebywałą zagadką logiczną, gdyż rozmieszczenie znajdujących się tam spitów zmieniało się wielokrotnie z biegiem lat, zatem wybranie tego „jedynego” idealnego punktu nie było oczywiste. Po drobnych trudnościach z kreatywnym poręczowaniem i brakach w sprzęcie dotarliśmy do sali Mare. W tej 30-metrowej sali ogromne wrażenie robi wielkie podziemne jezioro pokrywające znaczą część sali. Po paru fotach w sali wracamy na powierzchnie, z lekkim niedosytem, gdyż zwiedziliśmy niespełna połowę jaskini.

 

Dla oderwania od jaskiniowych przygód, kolejnego dnia postanawiamy spróbować kanioningu w kanionie Oselu. Po paru godzinach podróży, przywdziewamy pianki, zakładamy kalosze i pniemy się na sam szczyt kanionu. To moje pierwsze zetknięcie z kanioningiem, także trochę się stresuje, na szczęście Tomi wyjaśnia szczegółowo co i jak. Zjeżdżamy kolejno szeregiem kaskad w rwącej wodzie. Na szczęście przemacza nas jedynie, gdy zjeżamy w wodospadzie, a woda jest na tyle ciepła, że nie tracimy komfortu. Dalej to co sprawia najwięcej emocji, czyli skoki do marmitu. Ogólnie fajna zabawa, jakby ktoś miał kiedyś możliwość spróbować, to szczerze polecam. Szybko pokonujemy 200 metrów deniwelacji kanionu i w tym miejscu niestety musimy się pożegnać z ekipą z Krakowa, która wraca do Polski.

My razem z ekipą z Sopotu zostajemy w Rumuni do niedzieli. W dniu „restowym” postanawiamy odwiedzić kopalnie soli w Turdzie. Po przejściu kilku tuneli i sal tematycznych trafiamy do głównej kawerny o głębokości 112 metrów, która robi już wrażenie swoją wielkością. Oświetlenie kopalni jest świetnie zaaranżowane, jedyne co wzbudza poczucie kiczu, to wykończenie w stylu wesołego miasteczka. Można przejechać się na diabelskim młynie, popływać łódką, zagrać w pingponga, czy pokręcić się na karuzeli. Cóż, z czegoś muszą się utrzymać, poza tym wrażenia w pełni pozytywne.

W drodze powrotnej z kopali, udajemy się do kanionu Turda, który powinien zainteresować szczególnie wspinaczy, gdyż z płaskiej ścieżki startują obite 300 metrowe ściany. My ograniczyliśmy się jedynie do krótkiego spaceru dnem kanionu.

Następnego dnia wybieramy się razem z ekipą z Sopotu do jaskini Zapodie. Po krótkiej podróży mamy znowu przyjemność torować drogę w mokrym śniegu. Cóż warunki w wyżej położonych rejonach podobne jak w Tatrach o tej porze roku. Jaskinia ponoć bardzo ładna, „a nie być w Rumunii, a nie być w tej jaskini, to jak nie być w Rumunii”. Tak przynajmniej możemy czytać z opisu tejże jaskini, gdyż po zjechaniu lodospadu docieramy do lodowego korka, który skutecznie blokuje naszą dalszą akcje. Niczym ludzie pierwotni próbujemy rozbić lód kamieniem, lecz szybko rezygnujemy, gdyż stanie w lodowatej wodzie nie należy do przyjemności. Trochę zawiedzeni wracamy na bazę. Kolejnego dnia, pogoda przestaje nas rozpieszczać, także postanawiamy wracać do Polski. W niedziele po północy docieramy w końcu do Wrocławia.

 

I tu kończąc tą przydługą relację, w pierwszej kolejności chciałbym podziękować Tomaszowi „Tomiemu” Pawłowskiemu za ogrom pracy włożonej w organizacje wyjazdu, dalej Oli i Mackowi Fryń za wspólną podróż z Wrocławia, jak i wszystkim z STJ KW Kraków, SKTJ jak i innych klubów za wspólnie spędzony czas. Jaskinie, które zwiedziliśmy, to zaledwie niewielka część tego co oferuje Rumunia, ale bez wątpienia warto było.

Dla chętnych polecam również wideo-relacje z wyjazdu autorstwa Dariusza Bartoszewskiego. Tam także o jaskiniach, w których nie miałem przyjemności być, czyli Coiba Mare – Coiba Mica  i ataku na Twierdze Ponoru (Cetatile Ponorului):

 

 
   

 

 Daniel Furgał

 

Chorwackie wspinanie wiosną

Dodał Ewelina Raczyńska, 16 maja 2017 Kategorie: Aktualności, Działalność, Ważne, Wspinanie Brak komentarzy

Przyszła wiosna 2017…no może tylko chcielibyśmy, żeby przyszła, bo chociaż maj w kalendarzu to za oknem pada śnieg. Tym bardziej naszła nas tęsknota za ciepłem i wspinaniem. Pojechaliśmy zatem na długi weekend majowy rozgrzać zmarznięte kości dalej na południe do Parku Narodowego Paklenica w Chorwacji, bardzo znanego w Europie rejonu wspinaczkowego.

 

Paklenica oferuje piękne drogi zarówno wielowyciągowe jak i sportowe, w dużo mniej wyślizganym wapieniu niż znany nam jurajski, a wszystko to 2 km od morza…

W wyjeździe ma wziąć udział 13 osób, głównie z STJ KW i KKTJ z Krakowa i ja. Wyjazd od początku zaczyna się wesoło, gdyż ku naszemu zdziwieniu, auto którym mamy jechać uległo…zalaniu. Na szczęście po wypompowaniu wody menażkami ruszamy w drogę. Za sobą zostawiamy mroźną i deszczową Polskę, aby dotrzeć w słoneczną i ciepłą Paklenicę w sobotę (29.04) w południe. Tego dnia udaje nam się znaleźć jeszcze miejsce na kempingu tuż obok Parku, zanim dotarły tłumy spragnionych długiego weekendu wspinaczy z całej Europy.

Pierwszy dzień wspinania miał być na rozgrzewkę…Podzieliliśmy się na grupy. Ja z kolegą (Przemysław Styrna) postanowiliśmy zrobić w ten dzień jakiś „lekki” wielowyciąg. Trafiliśmy, choć nie celowo (ale to dłuższa historia…:)), na drogę na Anicy Kuk Akademski z wyceną 4b, 6 wyciągów,180m w tym z jednym za 5a. Jako, że drogę pokonaliśmy dość szybko, postanowiliśmy tego dnia pokonać jeszcze jedną na tej ścianie. Okazało się, że zejście zajęło trochę czasu, gdyż przypominało ono raczej ferratę na stalówkach niż normalną ścieżkę. Nie mniej uparcie wbiliśmy się jeszcze na drogę Bracni Smjer, 9 wyciągów,200m 5c. Po pokonaniu tej drogi był już późny wieczór, więc dzień zdecydowanie rozgrzewkowy nie był…

DSC04552

 

Po ciężkim poprzednim dniu, dziś mieliśmy spędzić czas na trekkingu po parku, żeby zobaczyć ten rejon z szerszej perspektywy, znów miało być „lajtowo”, a przeszliśmy 20km, 1500m przewyższenia, 8h…

DSC04599

W kolejny dzień zaplanowaliśmy z Przemkiem „zaatakowanie” najbardziej popularnej i klasycznej drogi paklenickiej na Anicy Kuk, jak wiadomo jest to Mosoraski (10 wyciągów, 6a, 350m). Pod skałą byliśmy pierwsi, o 7:30, jednak za jakieś 10-15min, jak spoglądałam z pierwszego wyciągu, stał już pod drogą spory tłum. Nam więc dziś przyszło prowadzenie i szukanie drogi. Trzeba przyznać, że czuć małą presję kiedy wspinasz pierwszy, a pod Tobą czeka kilka zespołów aż przejdziesz dany odcinek…Jednak droga jest faktycznie piękna i warto ją zdobyć. Po ok 4h byliśmy na szczycie.

Zostało nam jeszcze parę dni i wspólnie ustaliliśmy, żeby pojechać jeszcze bardziej na południe. Do Omisu, za Splitem, przepiękne skaliste wybrzeże, a tuż za nim wznoszące się góry…

 

DSC04662

Cześć zespołu mimo zimnej wody pojechało potrenować technikę Deep Water Solo, część na trekking, a ja i  Przemek pojechaliśmy w trochę dalszy rejon, żeby zrobić krótką, ale jakże widokową drogę (130 m, 4 wyciągi, 4c) na górze Vrisove Glavice. Nie ukrywam, że oglądanie widoków z góry zajęło nam trochę więcej czasu…..

Omis znany jest jeszcze z wielu bardzo ciekawych dróg sportowych, na których już spędziliśmy całe dwa ostatnie dni, które nam zostały. Słońce tutaj grzeje mocniej a ściany zbudowane są z ostrych “szkielecików skalnych”, co dodaje wspinaczce uroku, natomiast daje mocno w kość skórze i dłoniom. Po tylu dniach wspinaczki były już one mocno zmęczone i często pokrwawione…

 

DSC04659

Niemniej żal było opuszczać te słoneczne górskie rejony i relaksujące wieczory przy piwku. W Polsce nadal bowiem czekała na nas zima w pełnej okazałości…

 

Ewelina Raczyńska

 

 

 

5 lat w Niedźwiedziej

Dodał Ewelina Raczyńska, 8 maja 2017 Kategorie: Aktualności, Działalność, Działalność krajowa, Ważne Brak komentarzy
Dzisiaj mija 5 lat od ostatniego wielkiego odkrycia w Jaskini Niedźwiedziej….
 
2 maja 2012 roku wyszliśmy z Jaskini Niedźwiedziej. Czekała na nas grupa znajomych, którzy tym razem zostali na powierzchni.
– No i jak tam? Puściło? Padły pytania z nieco szyderczym podtekstem….
Zgodnie z umową, jaką zawarliśmy wcześniej w jaskini starałem się udzielić wymijającej odpowiedzi jednak radość, która w nas tkwiła nie pozwalała długo skrywać emocji…

– Wiesz Piotrek, odkryliśmy zajebistą salę…. 
– Taa… jaką?
– No jak stąd do tamtego drzewa…
– Którego? Tego tu?
– Nie, tego tam.. daleko….
– Gdzie? Tam? To chyba nie w tej jaskini byliście!!! (hehehee!!!)

Nazajutrz wróciliśmy do jaskini aby sprawdzić czy ta sala rzeczywiście tam jest… i rzeczywiście tam była….
Od tej pory minęło już pięć lat. Było to nasze pierwsze tak spektakularne odkrycie w jaskini Niedźwiedziej i bez wątpienia pierwsze takie odkrycie w Polsce. Dało one początek eksploracji nowych partii tej jaskini, które są absolutnym unikatem jeżeli chodzi o rozmiary sal i korytarzy a także bogactwo szaty naciekowej występującej w tych partiach jaskini. Bez wątpienia było to najcenniejsze odkrycie przyrodnicze ostatnich czasów…
 
Marek Markowski
 
 

Kurs w Wojcieszowie – pierwsze jaskinie

Dodał Ewelina Raczyńska, 5 maja 2017 Kategorie: Aktualności, Działalność, Działalność szkoleniowa, Ważne Brak komentarzy

W dniach 22-23.04.2017 r. odbył się kolejny już wyjazd młodych, coraz sprawniejszych kursantów do Wojcieszowa, w którym gościliśmy już wcześniej przy okazji naszego pierwszego kursowego wyjazdu.

Budziki zadzwoniły, dla tych którzy musieli dostać się do bazy Bobrów w Wojcieszowie o nieracjonalnej godzinie 5:00. Punkt 8:30 mieliśmy być zwarci i gotowi do wyjścia, rzecz jasna nie do końca nam się to udało J.

Wcześniej lub później zebraliśmy się wszyscy w bazie, skąd mieliśmy wyruszyć. Warto zwrócić uwagę, że wyjazd ten był pierwszym wyjazdem, gdzie mieliśmy pójść do jaskiń, co było to nie lada wyzwaniem dla nas jako wciąż jeszcze ćwiczących swoje umiejętności (nawet z węzłów) kursantów.

Grupa licząca 19 osób została podzielona na cztery mniejsze grupy 4-5 osobowe, bo jak wiadomo 19 osób w jednej jaskini to już delikatna przesada, nie wliczając w to tak niezbędnych dla nas instruktorów.

W celu ćwiczenia naszych umiejętności jaskiniowych mieliśmy odwiedzić, w zależności od grupy, cztery wojcieszowskie jaskinie tj. Błotna, Nowa, Imieninowa i najbardziej wymagająca Szczelina Wojcieszowska.

SAM_6115

Sprzęt w odróżnieniu od poprzednich wyjazdów nie czekał skompletowany, gotowy do drogi. Tym razem sami (a tak na serio to z dużą pomocą instruktorów) musieliśmy skompletować potrzebny ekwipunek tzn. wystarczającą ilość karabinków i rzecz jasna odpowiednio dużą ilość metrów liny (nikt przecież nie chce żeby w połowie jaskini zabrakło mu liny). Chyba powinniśmy bardziej skupiać się na wykładzie o szkicach jaskiń J.

Po przybyciu pod jaskinie trzeba było się przygotować i to nie tylko fizycznie. Ubrani w nieprzemakalne stroje i uprzęże z całym wyposażeniem zaczęliśmy schodzić w ciemną otchłań jaskini. Z dobrymi czołówkami ciemność nie wydała się taka straszna.

Było ciasno, czasami nawet bardzo. W praktyce dowiedzieliśmy się czemu Szczelina Wojcieszowska zawdzięcza swoją nazwę. Ten jeden zacisk zwany, przez starszych kolegów, ,,cipą” był dla niektórych olbrzymim wyzwaniem. Wchodzenie, schodzenie, ponowne wchodzenie i to wszystko z poręczowaniem. Było ciężko i mokro, a do tego to błoto…… Nieraz padły słowa ,,dlaczego ja to robię’’ i inne trochę mniej przyzwoite J. Przejścia nie należały do najłatwiejszych, ale żadne siniaki ani zadrapania nie są w stanie odebrać nam satysfakcji z każdego pokonanego metra. Z każdym trudniejszym przejściem czuliśmy coraz większą dumę, co motywowało nas do iścia dalej i dalej.     

SAM_6012       

Dodatkowym argumentem do pokonywania tras były imponujące studnie z kaskadami, oraz mnogość form naciekowych, do tej pory widzianych tylko na zdjęciach, które robiły wrażenie nawet na doświadczonych grotołazach.

Po kilku godzinach poznawania jaskiń wróciliśmy do bazy Bobrów, gdzie można było ogrzać się przy kominku z różnego rodzaju trunkiem w rękach i powymieniać doświadczeniami przebytego dnia. Wieczorem, podczas opowieści o trudnościach przebytych jaskiń swoją obecnością zaszczycił nas prezes SKW Roman Bebak, jeden z odkrywców Jaskini Czarnej. Tak jak podczas styczniowego pobytu w bazie, tak i na tym wyjeździe nie brakło śmiałków chętnych przejść sławetny zacisk pod sufitem, nie zawsze z powodzeniem. Tak właśnie minął nam pierwszy dzień kursu w większości spędzony w wyczekiwanych jaskiniach.

Kolejny dzień rozpoczęliśmy o 8:30, tak samo jak poprzedni, od przygotowania odpowiedniego sprzętu, żeby i tym razem nie brakło nawet jednego karabinka. Poszło nam to zdecydowanie sprawniej, więc z podbudowanym ego wyruszyliśmy by zmierzyć się z kolejnym wyzwaniem, jakie czekało na nas w innych już jaskiniach.

Tym razem było łatwiej. Czuliśmy się odrobinę pewniej i całe przejście odbywało się znacznie sprawniej, mimo bolących kolan i łokci. Coraz szybciej szło nam wiązanie węzłów podczas poręczowania, choć ciągle wahaliśmy się, który okaże się odpowiedni. Po tym wyjeździe chyba każdy potrafi już zawiązać ósemkę, motylka czy uszy zająca z zawiązanymi oczami. Wyprawę skończyliśmy wczesnym popołudniem, tak aby mieć jeszcze czas na porządki w bazie i powrót do wytęsknionego domu.

SAM_6105

Cały wyjazd można podsumować w dwóch słowach: ,,Było warto’’. Pokonaliśmy nie tylko swój strach przed ciemnością i ciasnymi przejściami, ale także przed nieznanym. Zawdzięczamy to przede wszystkim naszym instruktorom, którzy na każdym kolejnym metrze motywowali nas i służyli swoim doświadczeniem w każdej sekundzie ekspedycji. Można być pod wrażeniem ich niezłomnej cierpliwości i spokojem, mimo licznych błędów jakie popełnialiśmy podczas poręczowania. Myślę że po tym wyjeździe każdy z nas powinien być z siebie zadowolony, ponieważ teraz śmiało może powiedzieć, że zaliczył swoją, być może pierwszą, jaskinię w życiu.

Relacja kursantki:

Ewelina Urbanik

 

 

Kursanci na górze Birów, Jura 02/2017

Dodał Ewelina Raczyńska, 6 marca 2017 Kategorie: Aktualności, Działalność szkoleniowa, Ważne Brak komentarzy

Kursowy wyjazd na Jurę Krakowsko-Częstochowską, Gród na górze Birów.

Pod koniec lutego spotkaliśmy się z 20 osobową grupą na parkingu pod górą Birów punktualnie o dziewiątej rano. Sprawne wydawanie sprzętu, podział wspólnego szpeju do zaniesienia pod skałę, pobranie kolekcji kasków i w drogę. Po 10 minutach ujrzeliśmy ścianę…wysoką ścianę. Ku naszemu zaskoczeniu, liny nie były zaporęczowane, a do tego przyzwyczaiły nas wcześniejsze treningi. Po haśle „sami dziś poręczujecie” w głowie kołatało się jedno pytanie: „Ale, że o co chodzi?”.

 

Birów 02/2017

 

Ubranie się w uprząż i skompletowanie sprzętu o dziwo zajęło nam tym razem mniej niż godzinę 😛 Poprawek było nie tak wiele jak na pierwszym wyjeździe, co w znaczący sposób podniosło nasze morale.

Kolejną nową dla nas czynnością była procedura układania liny w workach jaskiniowych. Grupy były podzielone na tych co trzymają wora (do tego zadania nie wiedzieć dlaczego zgłosiły się same dziewczyny 😉 ) i na tych co worują linę.

Po sklarowaniu sprzętu udaliśmy się okrężną drogą na szczyt góry Birów, gdzie dobieraliśmy się w zespoły. Naszym zadaniem było zaporęczować linę zgodnie z zasadami sztuki, więc na pewno przydały się wcześniejsze treningi wiązania węzłów. W zależności od konfiguracji punktów wybieraliśmy ósemkę albo skrajny tatrzański. Gruba, jaskiniowa lina nie jest jednak tak łatwa to okiełznania w terenie, jak znacznie cieńsze liny dynamiczne, na których trenowaliśmy w domu przed wyjazdem. Hasło „za duże ucho” usłyszał chyba każdy z nas.

 

Birów 02/2017

 

Najtrudniejsze są początki. Osoba, która jako pierwsza poręczowała linę, musiała nauczyć się schodzić z workiem jaskiniowym przyczepionym do punktu centralnego. Worek, w którym znajdowała się lina plątał się ze sznurkami od lonży niemiłosiernie i stanowił dodatkowe utrudnienie zadania. Instruktorzy bacznie przyglądali się naszym poczynaniom, reagowali na każde nasze pytanie, poprawiali błędy i rozwiewali nasze wątpliwości. Dzięki temu czuliśmy się bezpiecznie. Dobierając odpowiednie punkty staraliśmy się dotrzeć do podnóża góry, pilnując by ósemki były perfekcyjne, a lina nie ocierała o skałę. Nie zawsze nam to wychodziło, więc zadaniem kolejnej schodzącej osoby była próba naprawy naszych błędów. Tak jak nam obiecywali instruktorzy, chodziliśmy w górę, w dół a nawet w bok 🙂

Jesteśmy na dole!!! No dobra, rozpiera nas duma z pierwszego zejścia na własnoręcznie zaporęczowanej linie. Odpoczynek? Nie ma czasu, od razu analizujemy popełnione błędy sygnalizowane przez następną osobę.

No to w górę. Teraz czas na deporęczowanie liny. Już teraz rozumiemy, dlaczego tak ważne jest poprawne wiązanie węzłów. Kilkukrotnie trenowaliśmy poręczowanie i deporęczowanie, żeby właściwa technika weszła nam w krew.

 Birów 02/2017

 

Skrupulatnie zbieraliśmy karabinki z punktów. Niektóre jednak, mimo tej ogromnej skrupulatności, za sprawą zapewne magii pozostały tam na noc. Dlatego podejrzewamy, że nie była to sprawka kursantów, lecz – jak głosi legenda – tajemniczych stworzeń, które oblegają zamek w Ogrodzeńcu i pilnują góry Birów.

Nadszedł czas na odpoczynek. Nocowaliśmy w pięknej okolicy i bardzo przyjemnych warunkach w zajeździe „Orlik” w Kiełkowicach. Wieczorem odbyło się podsumowanie naszych zmagań z liną. Instruktorzy pytali nas o pojawiające się problemy i trudności, a także sytuacje, które nas zaskoczyły. Dzięki temu mieliśmy możliwość nauki nie tylko na swoich, ale i na cudzych błędach. Pytali również o to czy pamiętamy jak wygląda skała na której poręczowaliśmy liny…I dopiero wtedy zdaliśmy sobie sprawę z tego, że każdy z nas był tak skupiony na wykonywaniu zadania, iż nie rozejrzał się nawet wokół siebie by podziwiać widoki. Nie sprawdziliśmy jaki kąt nachylenia ma ściana, czy porastały ją rośliny czy też nie, czy pojawiały się sople lub wycieki wodne…co to to nie! Nas interesowało tylko to, aby poprawnie przepiąć przyrządy i przeżyć 😉

Dostaliśmy bardzo cenną i obowiązkową do zapamiętania uwagę, by precyzyjniej komunikować się między sobą, gdyż w jaskiniach maksymalna odległość między nami to odległość głosu. Niby proste, a odkrywcze 🙂

 

Birów 02/2017

 

Nauczyliśmy się jak ważne jest by sygnalizować i reagować na hasło: „Kamień”, dlatego na drugi dzień nawet spadający liść był wystarczającym zarzewiem by usłyszeć „Kamieeeeeeń”. Podczas wieczornego spotkania poćwiczyliśmy po raz kolejny węzły, bo jak wiadomo – nauki nigdy za mało.

Część kursantów po zakończonej lekcji poszła spać, zasypiając przy dźwiękach jakże uroczych kołysanek „Ona lubi pomarańcze, o o o”, „Tylko czarne oczy, śnią się czarne oczy”. Mieliśmy to szczęście, że w zajeździe odbywała się impreza urodzinowa z cyklu tzw. „osiemnastek” i dzięki temu mogliśmy sobie odświeżyć listę przebojów. Niezmordowana trudami dnia część kursantów utrwalała wiadomości przy piwie – wszak nazwa: góra Birów zobowiązuje ;). W międzyczasie odbywały się podrywy 18- lub 81- latek, gdyż po wyczerpującym fizycznie dniu mogły się poprzestawiać cyferki.

Następny dzień rozpoczęliśmy o 8:30. Wiedzieliśmy już, że mamy zrobić poręcz i deporęcz. A tu niespodziewanie kolejne wyzwanie. Trzeba się było przepinać przez węzeł. Walka z crollem i ze strachem przy zrywaniu shunta była emocjonującą rozgrywką z wewnętrznymi lękami. W niedzielę byliśmy pewni tego co umiemy i świadomi tego co jeszcze musimy udoskonalić.

Birów 02/2017

 

Nasze odczucia po wyjeździe 🙂 Aż dziw bierze, że człowiek ma tyle mięśni, można było je wszystkie policzyć, bo każdy jeden bolał na swój sposób. W pełni wykorzystaliśmy czas na naukę tego, co znaliśmy już w teorii bądź ćwiczyliśmy na sucho. Wiemy, że możemy liczyć na wsparcie każdego instruktora w trudnym dla nas momencie. Bardzo dziękujemy Kojotowi, Piotrowi za cenne rady, bez nich niejednokrotnie mielibyśmy problemy z zejściem na dół. Wielkie dzięki dla Eweliny, która była z nami zawsze i wszędzie, gdziekolwiek ktoś prosił o pomoc, bądź miał jakiekolwiek wątpliwości. Ewelina była na górze, na dole, w środku ściany (klonowała się???) No i wiadome: bez naszej Pani Kierowniczki wyjazd nie doszedłby do skutku. Dagmara! Świetna robota – nie tylko organizacja ale Twoje zaangażowanie oraz pozytywne emocje niezmiennie motywowały nas do rzetelnego treningu.

Relacja kursantów

„Więc powiedz dziewczyno(…)kto tobie do Miętusiej kazał iść?”

Dodał Ewelina Raczyńska, 8 lutego 2017 Kategorie: Aktualności, Działalność, Działalność krajowa, Ważne Brak komentarzy

 

„Siedzieliśmy w kominie na nieco zgniłej linie…”

 

 

 

 

Od początku 2017 roku nasze sekcyjne Świnki Morskie wyczekiwały miesiąca lutego (4-5.02.2017). Za czymś tęskniły może za błotem, pogaduchami, zimnem, wyborowym towarzystwem?  Nareszcie nadszedł wymarzony czas, a więc komu w drogę temu – szpeje! Za swój cel Świnki obrały syfon Marwoj w Miętusiej. Plan dla zuchwałych? Takie właśnie one są.

 

 

Początek akcji był łatwy i przyjemny, rura wciągnęła wszystkich do wnętrza jaskini szybko. Dopiero Próg Męczenników wyhamował staczanie na dno. Na szczęście Daniel, ze śpiewem na ustach oraz Ewelina w pięknym stylu przetransportowali nas na drugą stronę.

„Więc powiedz mi dziewczyno, co tego jest przyczyną,

Kto tobie do Miętusiej kazał iść?”

Podczas kobiecego wyjścia padł rekord decybeli. Najdonioślejszy okrzyk bojowy, jaki kiedykolwiek miał miejsce w jaskini, został zaprezentowany podczas pokonywania Marwoja. Rozebrany i zamoczony po szyję w wodzie, zespół darł się w niebogłosy. Jako osoba po ochronie środowiska zaznaczę, że ocieplenie klimatu do syfonu nie dotarło.  

 

 

Moi drodzy jednak, jak zawsze, plan został wykonany. A nawet więcej bowiem legenda o pięknie Jeziorka Szmaragdowego, tego za Marwojem i Zielonym Butem, jest tak wielka, że musieliśmy to zobaczyć na własne oczy. I warto moi drodzy, warto zobaczyć ten 8 cud świata. Także ściągać uprzęże, kombinezony, zakładać bikini, transportować aparaty fotograficzne i do roboty!

Dumni, pełni przygód, optymistycznie nastawieni do świata rozpoczęliśmy odwrót, szło gładko, aż do rury…..

„Tak łatwo do niej wejść a trudno wyjść, wyjść, wyjść.”

O trudach wyjścia wiedzą tylko:

Kasia W., Ewelina R., Dominika W. oraz nasi mili goście Daniel F., Grześ H. i niezmordowany kierowca Rafał G.

 

Miętusia 02/2017

 

Kobiece akcje z męskim pierwiastkiem tylko w SGW!!!! Dziękujemy i zapraszamy na kolejne

 

Relacja: Dominika Wierzbicka

 

 

 

 

Kurs w Wojcieszowie 01/2017

Dodał Ewelina Raczyńska, 20 stycznia 2017 Kategorie: Aktualności, Działalność, Działalność szkoleniowa, Ważne Brak komentarzy

W dniach 14-15. 01.2017r odbył się pierwszy wyjazd kursowy do Wojcieszowa.

Punktualnie o 9 spotkaliśmy się pod bazą Bobrów, gdzie nasza kochana Pani kierownik rozdała nam niezbędny sprzęt, a następnie wszyscy pojechaliśmy na kamieniołom „Gruszka” gdzie miały odbywać się ćwiczenia.

 

 SAMSUNG CSC

 

Nasi doświadczeni już koledzy, poszli zaporęczować dla nas liny, a my w tym czasie mieliśmy się przygotować. Okazało się, że ubranie uprzęży w mróz wcale nie jest takie proste jak się wydaje, a prawidłowo chyba nikomu się nie udało za pierwszym razem! A bo to źle wpięta lonża, a delta do góry nogami….poprawkom nie było końca. Jeszcze tylko dopasowanie lonży i parę ćwiczeń na ziemi jak zerwać shunta, czy jak się przepiąć i możemy zdobywać ścianę.

SAMSUNG CSC

 

Po paru godzinach ćwiczeń, zmęczeni udaliśmy się na obiad a potem do bazy. Gdzie wieczorem, przy kominku i piwie, wiązaliśmy węzły, słuchaliśmy opowieści starszych kolegów, niektórzy odważni przechodzili nawet przez zacisk pod sufitem. To był niewątpliwie bardzo długi, emocjonujący i męczący dzień.

 

SAMSUNG CSC

 

Niedziela to również ćwiczenia technik linowych od bladego świtu , a Ci co odpoczywali wiązali węzełki na przemian ogrzewając się przy ognisku.

 

Relacja kursantów

 

„Mikroakcja” – Miętusia Wyżnia

Dodał Ewelina Raczyńska, 8 stycznia 2017 Kategorie: Aktualności, Działalność, Działalność krajowa, Ważne Brak komentarzy

Wyżnia Miętusia 12 XI 2016r.

Nie ma to jak babska akcja czyli…nie wzięłyśmy lin, a niektórzy nawet części jaskiniowej garderoby.

Czasem jest tak, że cała atrakcja w akcji jaskiniowej to to co działo się poza tą jaskinią 🙂 Tak było i tym razem.

 

Gosia nie chciała iść do jaskini, bo przecież już rok ( i cztery poważne akcje) temu postanowiła do jaskiń nie chodzić… Musiałam ją przekonać pożyczeniem ciepłych gaci i ciepłym obiadem po akcji (przed należy się tylko zimny albo kanapki). Ola zamyślona się nad kawałkiem parującej herbaty i porcją szarlotki w Ornaku przypominała jak zimno potrafi być w jaskini.

Miętusia Wyżnia 12.2016

Jakimś cudem udało mi się następnego dnia wyciągnąć je z bazy (w tym miejscu serdecznie dziękuję ekipie z SCW za pożyczenie lin; za wspólne zabawy i piosenki też). Ostatecznie lądujemy w kopnym śniegu ( no q*** raj dla narciarzy) , wśród powalonych pni i gęstej mgle gdzieś w dolinie Miętusiej… Gdzieś, bo ślady ekipy, która podobno była tam dzień wcześniej dziwnie krążyły w kółko i wracały w to samo miejsce (o ile nie były akurat kompletnie zasypane śniegiem). A żlebu jak nie było widać tak nie widać nadal…gdzieś z prawej, za świerkami i mgłą. W tym miejscu napisze coś w co zapewne i tak nie uwierzycie (a może uwierzycie, w końcu baby w góry poszły) dojście do otworu zajęło nam 4 godziny !!!

Kiedy już znalazłyśmy żleb, otwór i przemoczyłyśmy wszystkie rękawiczki zatrzymał nas próg przed wejściem… Z konieczności wspinania tego zalodzonego ustrojstwa zgrabiałymi od zimna rękami w mokrych rękawiczkach wywabia nas ekipa z Bielsko-Białej. Akurat prowadzą kursantów, więc skwapliwie korzystamy z tej okazji.

Jeden dżentelmen wspina nam prożek, drugi ogrzewa moje dłonie… 🙂

No a potem było błoto, kamienie itp…jak to w dziurze. Zajrzałyśmy do syfonu, minęłyśmy kursantów i szybko wróciłyśmy do bazy żeby Ola zdążyła na wieczorny pks.

Śpieszyła się tak bardzo, że aż zawinęła nam klucz do pokoju i odwiózł nam go wąsaty autochton. Chciał buzi za tę przysługę, ale zadowolił się pogawędką. Nie omieszkał wspomnieć, że wyglądamy za chudo i pewnie potrzeba nam chłopa do noszenia plecaków. Teraz za każdym razem gdy wkładam plecak, taka właśnie myśl przebiega mi przez głowę.

Kolejna śmieszna babska akcja. Kolejny raz przekonałam się, że najważniejsze to dobra zabawa, a przyjaciółki z SGW i jaskinie gwarantują ją za każdym razem. Pozdrowienia dla wszystkich jaskiniowych babeczek.

 

Relacja: Kasia Witkowska

Kolejne metry w Mammoth Cave

Dodał Ewelina Raczyńska, 9 października 2016 Kategorie: Aktualności, Działalność, Działalność zagraniczna, Ważne Brak komentarzy

W Kentucky – Mammoth Cave, lipiec 2016

Jaskinia: krasowa, Mammoth Cave – Collosal Cave

Na ten wyjazd przygotowywałam się już od dłuższego czasu. Nie tak całkiem łatwo było bowiem dołączyć do eksploratorów tej najdłuższej na świecie jaskini. Kontakt do kierownika regularnie odbywających się tam wypraw, dostałam od Wiesia Klisia (za co bardzo dziękuję), członka SGW, który na stałe mieszka w Stanach i często bierze udział w owych wyjazdach. Jednak, aby dołączyć do jednego z takich wypadów musiałam zostać członkiem Cave Research Foundation. Jest to organizacja skupiąjąca ludzi, którzy zajmują się głównie badaniem i ochroną jaskiń. To oni, od lat 40-tych, zajmują się ciągłą eksploracją Mammoth Cave. Jaskinia ta znajduje się na terenie parku narodowego o tej samej nazwie, w stanie Kentucky. Park znalazł się na liście światowego dziedzictwa UNESCO, dlatego co roku wnętrza jaskini odwiedząją setki tysięcy turystów. Jaskinia powstała w wartstwach wapienia (trzech pasm górskich: Flint, Mammoth Cave i Toohey) ograniczonych warstwami piaskowca, którego fragmenty zresztą można spotkać wewnątrz jaskini. Więcej o geologii min. tego systemu można poczytać w książce Cave Geology Arthura Palmera, do czego zachęcam.

W tej chwili jaskinia ta ma długość ponad 644km. Nie sposób jednak być z tym na bieżąco, każdego roku bowiem, a właściwie co każdą wyprawę przybywa nowych skartowanych metrów, a badziej stóp;).

Baza CRFu znajduje się na terenie tego właśnie parku w Hamilton Valley, daleko od turystycznych miejsc, wśród zielonych pagórków. Budynek bazy został wybudowany przez fundację, specjalnie jako miejsce wypadowe do eksploracji jaskini.

Mammoth Cave otwor- Collosal Cave

Przyjechałam tam późnym wieczorem, tego dnia zdążyłam poznać tylko kierownika wypraw, którym regularnie jest Dave West. Dowiedziałam się, że następnego dnia mam pojawić się na przygotowywane dla wszystkich śniadanie, a po nim zostanę przydzielona do jednej z grup idących na eksplorację. Tak też zrobiłam. Dave dołączył mnie do młodej ekipy 5 osób, idących na najdłuższą akcję do jaskini o nazwie Collosal Cave, będącej oczywiście częścią jaskini Mamuciej. Oprócz naszego wyjścia, tego dnia do jaskini ruszyło 5 innych grup! I tak każdego dnia przez tydzień. Nie dziwne, że eksploracja posuwa się tutaj dość szybko.

rozdzial wyjsc na wyprawie

Celem mojej grupy było poprawienie starych pomiarów w partiach nazywających się Ehman, a także sprawdzenie kilku przodków. Plan zakładał 14h w jaskini. Na bazie każdy miał do dyspozycji szeroki wybór batoników, puszek z owocami, orzechów i innych pyszności. Zabrałam zatem kilka batoników, zestaw do kartowania i już o…12:00 ruszyliśmy do jaskini.

Do otworu musieliśmy dojść z parkingu około 45 minut, ładną ścieżką przez gęsty las. Otwór ten nie jest naturalnym otworem jaskini. Powstał on w latach 20-tych, kiedy to udostępniono tę część jaskini do zwiedzania. W tej chwili zostały tam tylko ślady turystycznych udogodnień, jak poszerzony wstępny korytarz czy wybetonowane chodniki w wstępnych partiach jaskini.

Droga na przodek prowadziła przez ciekawe formacje wielkich meandrów i sal, a także, co może niektórych zaskoczyć wielu ciasnych miejsc i korytarzy do czołgania. Sam przodek był taką właśnie ciasną rurą.

W jaskini było bardzo ciepło, około 13st, choć muszę przyznać, że nie na tyle ciepło, żeby jak jeden z kolegów, pójść tam w szortach i T-shircie! Co ciekawe ja po wyjściu z jaskini byłam, jak zwykle, cała w sinikach, a on nie miał nawet skaleczenia od czołgania!

Collosal Cave - Mammoth Cave 1

 

Spędziliśmy na przodku i kartowaniu wiele godzin, dzięki czemu dodaliśmy trochę metrów do systemu tego dnia. Niestety fundacja nie posiada wystarczającej ilości kompletów disto+palm, dlatego pomiary robiliśmy starymi metodami sunto + taśma, co oczywiście zajmowało więcej czasu.

Opuściliśmy jaskinię zgodnie z planem, w środku nocy. Na bazie czekała na nas przygotowana kolacja, piwo i ciepły prysznic.

Nie za długo dane mi było pospać, bo następnego dnia z rana również chciałam pójść do jaskini. Po śniadaniu odbyła się ta sama procedura co dnia poprzedniego. Trafiłam do nowej grupy, z podobnymi zadaniami.

Po każdym takim wyjściu Dave i inni odpowiedzialni za dokumentację, zbierali dane od grupy i „wrzucali” je do systemu. Wszystko tu jest udokumentowane, każda grupa też musi napisać w systemie elektronicznym raport z wyjścia.

pokoj pracy na bazie 2

Po kilku dniach intensywnego jaskiniowania musiałam udać się już na lotnisko, żeby wrócić do Seattle. Poznałam tam jednak wielu bardzo miłych grotołazów z całych Stanów, zakupiłam stos niezbędnych książek o jaskiniach, dołożyłam swoje metry do jaskini Mamuciej – czego więcej można pragnąć!

Ewelina Raczyńska

Zapraszamy na kurs!

Dodał Ewelina Raczyńska, 4 października 2016 Kategorie: Aktualności, Działalność, Działalność szkoleniowa, Ważne komentarze 2

Kurs taternictwa jaskiniowego rusza już niedługo!

Zapraszamy na spotkanie organizacyjne, które odbędzie się 26 października o godzinie 19:00.

 

 

Miejsce wykładu: duża sala wykładowa Instytutu Biologii Środowiskowej (dawny Instytut Zoologiczny) UWr, ul. Sienkiewicza 21.

Zarys programowy  kursu znajduje się na stronie PZA.

Jeśli natomiast  teraz chcesz o coś zapytać czy dopytać, dzwoń lub pisz śmiało: tel. 536 261 858 (Dagmara) , sgw@sgw.wroc.pl.

KURS SGW