Kurs taternictwa jaskiniowego 2019. Zaczynamy!

Dodał Emil Hamera, 14 listopada 2019 Kategorie: Aktualności, Działalność szkoleniowa, Ważne Brak komentarzy
Kurs taternictwa jaskiniowego 2019. Zaczynamy!

Rozpoczynamy nowy kurs taternictwa jaskiniowego!

Pierwsze spotkanie odbędzie się 20 listopada 2019 r. o godzinie 19.00 w Dużej Sali Wykładowej  Instytutu Biologii Środowiskowej na Uniwersytecie Wrocławskim przy  ul. Sienkiewicza 21.

Będzie to spotkanie organizacyjne, na którym opowiemy o programie kursu .

 

Zapraszamy!Wyloguj się

 

Spotkanie wigilijne 2019

Dodał Emil Hamera, 13 listopada 2019 Kategorie: Aktualności, Ważne Brak komentarzy
Spotkanie wigilijne 2019

Serdecznie zapraszamy Wszystkich na tradycyjne Spotkanie Wigilijne SMN. Spotkanie odbędzie się 17 grudnia 2019 o godzinie 20:00 w lokalu klubowym przy ulicy Góralskiej 38. Bardzo prosimy o przekazanie Zaproszenia wszelkim zainteresowanym.

Zarząd SGW

Pożegnaliśmy Przyjaciół

Dodał Mirek Kopertowski, 7 października 2019 Kategorie: Aktualności, Ważne Brak komentarzy
Pożegnaliśmy Przyjaciół

Pożegnaliśmy naszych przyjaciół, taterników z krwi i kości, ludzi, którzy żyli pasją i jej poświęcili życie.

 

Danielu, Józku, zostaniecie na zawsze w naszej pamięci!

prezes zarządu SGW, Mirosław Kopertowski

 

 

Odszedł Dariusz Pietrzykowski

Dodał Mirek Kopertowski, 1 lipca 2019 Kategorie: Aktualności, Ważne Brak komentarzy
Odszedł Dariusz Pietrzykowski

Po długiej chorobie zmarł długoletni członek Sekcji Matki Naszej Dariusz Pietrzykowski.

Darek przyszedł do Sekcji w 1977 roku, pewnie zainspirowany przez swojego starszego kuzyna Jacka Klincewicza, wybitnego grotołaza i alpinistę.

Był bardzo wysportowany i robił szybkie postępy, dlatego już w 1979 roku zabraliśmy go na drugą wyprawę w masyw Lefka Ori na Krecie. Potem aktywnie uczestniczył w różnych przedsięwzięciach eksploracyjnych w Tatrach , szczególnie w jaskiniach Doliny Małej Łąki.

Darek był człowiekiem bardzo skromnym i małomównym, ale równocześnie bardzo zdyscyplinowanym i uczynnym. Można było na niego liczyć w każdej najtrudniejszej sytuacji, to był po prostu partner niezawodny.

Darek zostanie pochowany w poniedziałek 1 lipca o godz. 14.00 w Jeleniej Górze na Starym Cmentarzu przy ul. Sudeckiej 44.

Wojtek Augustyn

Walne Zebranie Członków

Dodał Daniel Furgał, 21 marca 2019 Kategorie: Aktualności, Ważne Brak komentarzy
Walne Zebranie Członków
W imieniu Zarządu zapraszam na Walne Zebranie Członków SGW.
 
 
Spotkanie odbędzie się 24 kwietnia 2019, Instytut Biologii Środowiskowej UWr, ul. Sienkiewicza 21, Duża Sala Wykładowa, godz 18:15, drugi termin: 18:45
 
Bardzo prosimy o ile to możliwe o unikanie płacenia składek członkowskich na Zebraniu.

Jaskinie Południowej Walii

Dodał Daniel Furgał, 22 stycznia 2019 Kategorie: Aktualności, Działalność zagraniczna, Ważne Brak komentarzy
Jaskinie Południowej Walii

Lubię zapach świeżego powietrza w jaskini o poranku.

18.01.2019 r. grupa żądnych przygód grotołazów stanęła przed pierwszym otworem Ogof Daren Cilau. Zaplanowaliśmy wyjście drugim otworem Ogof CNWC, gdzie część grupy miała zadbać o otwarcie kraty chroniącej wejście przed zbłąkanymi gośćmi. Liczyliśmy, że będzie otwarta, gdy będziemy wychodzić.

Jaskinia jest częścią całego system jaskiń obejmującego ponad 26 km długości przy 192 m głębokości. Położona jest w Llangattock w Walii, w pobliżu Whitewalls.

Wejście było otwarte, więc weszliśmy.

Główną atrakcją jest blisko 600 m zacisków w partiach wejściowych, w których do rzadkości

należały miejsca, które można było przejść na kolanach.

Plan obejmował dojście do mrocznej sali Time Machine. Jednak, gdy trafiliśmy do części zwanej Apocalypse Way, jaskinia ukazała nam swoje piękno w postaci nacieków i form, z których największe wrażenie robiły heliktyty, odzwierciedlające tajemnice żyjącej jaskini.

Gdy już straciliśmy nieco poczucie czasu spowodowane zachwytem eksploracji, skierowaliśmy się w stronę planowego wyjścia. Już widzieliśmy śpiące o tej porze nietoperze i czuliśmy powiewy świeżego powietrza wskazujące na bliskość wyjścia. Lecz w plątaninie przejść droga do wyjścia wcale się nie przybliżała. Chcąc zdążyć przed godziną alarmową (którą zbyt wcześnie, jak się okazało w trakcie, ustaliliśmy na godz. 2.00) postanowiliśmy wracać tą samą drogą, która przyszliśmy.

Nacieki w jaskini były bajeczne, ale powrót od tyłu partiami wejściowymi już mniej. Na pewno jaskini szybko nie zapomnimy.

W wyjeździe udział wzięli: Szymon Kita, Szymon Sośnicki, Daniel Furgał, Ewelina Urbanik,

Maciej Maryniak, Paulina Pietrusiów, Sebastian Madej, Patryk Noszczyk,

Sebastian Madej

Spotkanie Wigilijne

Dodał Daniel Furgał, 9 grudnia 2018 Kategorie: Aktualności, Bez kategorii, Ważne Brak komentarzy
Spotkanie Wigilijne

Serdecznie zapraszamy Wszystkich na tradycyjne Spotkanie Wigilijne SMN. spotkanie odbędzie się 18 grudnia o godzinie 20:00 w lokalu klubowym przy ulicy Góralskiej 38. Bardzo prosimy o przekazanie Zaproszenia wszelkim zainteresowanym.

Zarząd SGW

 

 

At-Bashy, Kirgistan 2018

Dodał Ewelina Raczyńska, 9 grudnia 2018 Kategorie: Aktualności, Działalność, Działalność zagraniczna, Ważne Brak komentarzy
At-Bashy, Kirgistan 2018

Zapraszam do przeczytania relacji z pierwszej,  międzyklubowej wyprawy rekonesansowej Sekcji Grotołazów Wrocław oraz Wielkopolskiego Klubu Taternictwa Jaskiniowego do Kirgistanu, w masyw At-Bashy w górach Tien-Shan (08.2018): http://pza.org.pl/news/news-jaskinie/at-bashy-kirgistan-2018

Ewelina Raczyńska

 

 

Kurs latania…

Dodał Ewelina Raczyńska, 23 października 2018 Kategorie: Aktualności, Działalność szkoleniowa, Ważne Brak komentarzy
Kurs latania…

Na początku października wydarzyło się coś wartego odnotowania – grupa młodych, silnych, przez co obarczonych toną codziennych obowiązków ludzi zgrało terminarze i wyjechało na wielkie skały, tworzące górę Biakło. Jest również znana jako mały Giewont, a znajduje się w okolicach Olsztyna koło Częstochowy. Warto wspomnieć, że był to wyjazd szkoleniowy (pierwsze dwa dni z sześciu), w ramach kursu taternictwa jaskiniowego, mający na celu wprowadzić paru żółtodziobów w ekscytujący świat wspinaczki. Jest ona ważną częścią chodzenia po jaskiniach, gdyż, co ciekawe, wiele jaskiń odkrywa się od dołu do góry, a nabyte podczas wspinania wyczucie skały pozwala z taneczną gracją przemieszczać się po korytarzach jaskiń.

 

Aut. Jacek Malinowski

 

5 października dwa samochody wyruszyły z Wrocławia, aby zameldować się na nocleg i wyspać przed dwoma dniami nauki. W sumie zebrało się nas osiem osób: dwoje instruktorów, czworo kursantów i dwie wolne dusze. Jak to zwykle bywa, po bardzo przyjemnym wieczorku integracyjnym do łóżek trafiliśmy dopiero po pierwszej w nocy. Mimo krótkiego snu, rano wszyscy podekscytowani znaleźliśmy się pod ścianą. Pod okiem dwójki przesympatycznych instruktorów: Eweliny Raczyńskiej oraz Michała ,,eMCe” Macioszczyka, przyswajaliśmy wszystkie potrzebne do wspinania umiejętności, nieustannie gnani pozytywną motywacją z ich strony. Ich opowieści przeniosły nas na wielowyciągowe ściany i wielkie lodowe ściany.

Poznaliśmy sprzęt, techniki wspinaczkowe takie jak: zakładanie stanowisk, wycofy, asekuracja czy… nie zabijanie się. Teoria przeplatana była praktyką oraz wspinaczką w parach. W sobotę Hubert zaprezentował nam jak bezpiecznie spadać, a Rafael ,który wraz z małym Stasiem odwiedzili nas pod skałą, udowodnił, że buty to niekonieczny luksus we wspinaniu, pokonując trudny fragment boso.

Wszystko zmierzało ku temu, abyśmy potrafili pokonać ścianę tradowo, czyli na własnej asekuracji. Stało się to faktem w niedzielę, kiedy to każdy po (jeśli wierzyć instruktorce Ewelinie) szybkich postępach każdy miał okazję pokonać drogę w tym stylu. Jeszcze tylko podsumowanie na wspólnym obiedzie i ruszyliśmy w drogę powrotną. Kolejni na naszej drodze ludzie z pasją, kolejne poszerzające horyzonty opowieści, które wnoszą o niebo więcej niż najlepsza fachowa literatura, kolejne pokonane granice. A wszystko podsumowane ważnym wnioskiem: w górę nie polecisz.

 

Piotr Śliwiński

Na letnim obozie 2018

Dodał Ewelina Raczyńska, 23 października 2018 Kategorie: Aktualności, Działalność szkoleniowa, Ważne Brak komentarzy
Na letnim obozie 2018

Zapraszamy do przeczytania dwóch relacji, napisanych przez kursantów, będących na tym samym obozie, ale w innych grupach:

 

 

 

 

Relacja Piotra Śliwińskiego:

Zgodnie z programem kursu, którego zdrowi na ciele i umyśle, dobrowolnie, my tegoroczni kursanci,  podjęliśmy się, odbyliśmy praktykę/przygodę w jaskiniach tatrzańskich. Jest to wielkie przeżycie dla jaskiniowego żółtodzioba, ponieważ musi on przełamać mnogie lęki, dyskomforty oraz ograniczenia, a także uporać się z niewyobrażalnie magicznymi doznaniami estetycznymi którymi raczą tatry zachodnie. Tak skrajne doświadczenia potrafią rozchwiać emocjonalnie najtwardszego harpagana. Na szczęście można liczyć na wieczorne sesje terapii grupowej pod okiem najlepszych instruktorów, doświadczonych grotołazów oraz krzepiących zup na chmielu.

Na tego rocznym obozie stawiło się parunastu kursantów, sympatyków klubu oraz instruktorów. Pozwoliło to na stworzenie trzech zespołów składających się z 5 kursantów i jednego instruktora. Na akcje jaskiniowe wybierały się również rekreacyjnie jaskiniowe wygi, wspomagając instruktorów. Powinniśmy przyzwyczaić się, że grotołazi urlop spędzają zażywając delikatnego ruchu i krioterapii w jaskiniowym SPA.

 

 

Tradycyjnie bazą noclegową była chatka Truchanki. Witów 314, wspominam gdyż polecam całym serduszkiem. Uczestnicy wyjazdu zaczęli napływać w piątek 29.06 zajmując wygodne łóżeczka. Reszta, która dojeżdżała w ciągu nocy musiała zadowolić się przytulną trolownią i skrawkami podłogi. Nikomu to jednak nie przeszkadzało, wszakże to część przygody!

Rano dnia następnego zaplanowane było szkolenie z zasad obowiązujących w Tatrzańskim Parku Narodowym. Jest to obowiązkowa część szkolenia na taternika jaskiniowego. Wyjście zaplanowane na godzinę 8:00 ucieszyło rześkich po wczesnej pobudce lub nieprzespanej nocy kursantów, w końcu szkoda dnia! Pracownik parku  się rozpoczął szkolenie niezwykle ciekawym wykładem, wspominając między innymi w paru słowach o kolonii kornika drukarza, piciu wody ,,strumyczanki” oraz obrony przed atakiem niedźwiedzia. Warto zapamiętać, aby przy kontakcie z niedźwiedziem nie uciekać bo nie ma to sensu. Trzeba powoli wycofać się będąc odwróconym w jego stronę.

Wieczorem Dagmara, kierowniczka kursu podzieliła nas na grupy. Mogliśmy, więc zaplanować akcję na następny dzień. Tak więc moimi kompanami zostali Hubert, Asia oraz Bartek. A naszym mentorem Szymon Kostka. Szymon jest bardzo doświadczonym grotołazem i eksploratorem, MacGyverem. Skrajnie cierpliwy dla kursantów, sprawiający, że każdy w każdej sytuacji czuł się możliwie komfortowo. Dzięki niemu i jego nieodłącznemu aparatowi mamy górę przepięknych zdjęć ukazujących nasze zmagania. Nie da się zliczyć wszystkich patentów, które nam przekazał, ale moim ulubionym jest jedzenie jogurtu z płatkami na dnie jaskini. Zgodnie z zasadami każdemu wyjściu przewodził jeden z kursantów obejmując funkcję kierownika. Do jego obowiązków należało między innymi wybranie jaskini, opracowanie drogi dojścia, zaplanowanie na podstawie planu ilości lin oraz dopilnowanie porządnego ich przygotowania. Podczas pierwszej akcji przewodził nam Hubert. Z jego woli następnego poranka mieliśmy zmierzyć się z jaskinią Marmurową.

 

 

A więc zgodnie z planem o godzinie 8:00 wyruszyliśmy z ochotą w drogę. Dla mniej wysportowanych z nas okazało się to o wiele cięższe niż zakładaliśmy. Powodem mogły być wypchane do granic możliwości plecaki lub łagodne podejście pod Adamicę, ale ostatecznie wszyscy podołali i stanęliśmy pod otworem naszej pierwszej tatrzańskiej dziury. Było to dla wszystkich szczególne doświadczenie. Jaskinia okazała przepiękna, ze względu na zapierające dech w piersiach studnie. Każda kolejna dłuższa aż do zwieńczającej nasze przejście studni Kandydata o wysokości 60 metrów. Tutaj miała miejsce ważna lekcja, mianowicie wyjść w górę studni jest o wiele ciężej niż nią zjechać. Po wyjściu z jaskini zaskoczeni zostaliśmy opadami śniegu które jednak nie trwały długo a pozostawiły po sobie ślicznie wyglądający biały dywan na zielonej roślinności. Pod otworem jaskini zostaliśmy odwiedzeni przez ciekawskie kozice, które skakały niewzruszone parę metrów od nas. Wróciliśmy szczęśliwie do bazy, lecz z lekkim niepokojem myśleliśmy o kolejnych podejściach do jaskiń.

Następnego dnia z powodów zdrowotnych do jaskini Kasprowej Wyżniej oraz Średniej nie mógł wybrać się z nami Bartek, oraz Asia, która pielęgnowała chorego przygotowując się jednocześnie do wyjazdu. Niestety zobowiązania zawodowe zmusiły ją do powrotu. Nasze szeregi zasilił Józek, harpagan, który bez mrugnięcia przejął obowiązki dwóch osób. Dojście do jaskini okazało się niebezpieczne. Najpierw ja zostałem zaatakowany przez drzewo co skończyło się sporym zadrapaniem twarzy, a potem Józek poślizgnął się niebezpiecznie koziołkując w dół stromego zbocza. Na szczęście nic poważnego mu się nie stało. Punktem programu był 65 metrowy zjazd pomiędzy otworami jaskiń ze znaczną ekspozycją.  I tak oto minął dzień i wieczór dnia trzeciego.

Następnego dnia połączyliśmy się z grupą, nad którą piecze sprawował Krzysiek Furgał i taką doborową zgrają osiągnęliśmy salę Dantego w jaskini Ptasiej. Do bazy przyszło nam wracać podczas zachodu słońca, co było wręcz mistycznym przeżyciem spotęgowanym świadomością przypadającego na kolejny dzień, restu. Wolnego dnia każdy odpoczywał po swojemu, jedni na górskiej przechadzce, inni posilając się w zakopiańskich knajpkach a jeszcze kolejni bycząc się cały dzień w bazie. Niestety tego dnia nasza grupa znowu straciła jednego członka, Hubert musiał wrócić do domu.

 

 

No więc następnego dnia w skromnym gronie, Szymon, Józek i ja, zdecydowaliśmy się na jaskinię Wielką Śnieżną. Mieliśmy ułatwione zadanie, ponieważ przed nami do jaskini weszła trzyosobowa grupa, z której poręczówek korzystaliśmy. Bardzo intrygujący był lodowy wodospad tuż za otworem wejściowym, pomimo wysokiej temperatury na zewnątrz jaskini. Udało nam się osiągnąć suchy biwak, gdzie może kiedyś przyjdzie nam biwakować. Kolejny dzień ze względu na warunki atmosferyczne był przymusowym restem, nikt nie miał wątpliwości, że był to słuszny wybór gdyż napływały przykre doniesienia o porażeniach piorunem turystów.

Na ostatnie, sobotnie, wyjście z osób, które jeszcze nie wyjechały utworzyliśmy jeden zespół i zaplanowaliśmy wyjście do jaskini Czarnej.

No i czas na powrót do rzeczywistości. Zmęczeni rozjeżdżamy się do domów myślami błądząc jeszcze przez krótką chwilę po rozległych salach i ciasnych korytarzach jaskiń. Wszystko co spotkało nas podczas obozu, chodzenie poza szlakami, dźwiganie mokrych lin, chłonięcie historii, związało nas w bardzo szczególny sposób z górami i środowiskiem grotołazów, bez względu na to czy ktoś będzie kontynuował swoją przygodę z jaskiniami po kursie czy też nie. Na koniec należy zadać sobie jedno bardzo ważne pytanie: jak zaliczyć ten cho***ny egzamin z topografii Tatr?

 

 

Relacja Kamili Mikołajczak:

                        Po wielu godzinach spędzonych w skałach, na sztucznej ścianie i wieży strażackiej, po zdanych egzaminach wewnętrznych oceniających naszą sprawność w posługiwaniu się rolkami, shuntami, crollami i małpami – nadszedł dla nas wreszcie długo wyczekiwany moment próby, czyli letni obóz tatrzański. Jak niektórym wiadomo, idea tego obozu jest taka, żeby bez uszkodzenia siebie przejść możliwie dużą ilość jaskiń – najlepiej 5 lub więcej, co jest jednym z warunków dostąpienia później przywileju zdawania egzaminu na kartę taternika. A zatem – w dobrych nastrojach i z pytaniami w głowie z cyklu: „czy dam radę?”, pojawiliśmy się w większości w ostatni piątek czerwca AD 2018 w stałej już bazie klubów wrocławskich – Truchanówce, z którego to miejsca do Doliny Kościeliskiej, będącej głównym punktem speleologicznych wycieczek, jest już przysłowiowy „rzut beretem”. Upchnięci na łóżkach, karimatach i gdzie się dało, postanowiliśmy zaznać choć kilku godzin snu. 

            Zanim spróbowaliśmy sił w dziurach, udaliśmy się w sobotę rano na spacer połączony ze szkoleniem z przedstawicielem Tatrzańskiego Parku Narodowego, na którym dowiedzieliśmy się, między innymi, jak działać, aby było to zgodne z regulaminem tego objętego ochroną obszaru. Otrzymaliśmy też całkiem pokaźną garść ciekawostek dotyczących tatrzańskiej fauny i flory. Będąc wyposażonym w te informacje – nie pozostało nam nic innego, jak złapać trochę oddechu przed czekającym nas nazajutrz wyzwaniem, to jest naszą pierwszą w życiu (dla większości) tatrzańską dziurą, która to miała mieć niewiele wspólnego z tym, co widzieliśmy do tej pory na Jurze i w Sudetach. I jak się miało wkrótce okazać, rzeczywiście Jura i Sudety nikomu z nas nie dały tak w kość, jak wielkie głębokie studnie i strome podejścia z plecakiem, który ważyć miał połowę tego, co my (no – przynajmniej tak nam się w amoku wchodzenia pod górę wydawało). Część z nas wróciła zatem, po wspomnianym szkoleniu, na bazę, inni wybrali się do schroniska na Hali Ornak na szybki obiad, a ci najbardziej spragnieni górskiej przygody poszli na krótsze bądź – częściej – dłuższe tatrzańskie wycieczki, z których wrócili dopiero późnym wieczorem.

 

          

  Moja grupa kursowa pod wezwaniem Instruktora Krzysia, którego poczucie humoru miało dodawać nam otuchy przez cały kolejny tydzień – składała się z czterech osób: Pauli, Antona, Adasia (który dołączył do nas ze Speleoklubu Łódzkiego) i mnie. Na pierwszy ogień i rozruszanie się poszła Kasprowa Wyżnia, przy której to jaskini podobno „kursanci za bardzo się nie namęczą”. Z perspektywy czasu myślę jednak, że to wyjście dostarczyło nam całkiem sporo emocji. Był to pierwszy raz, kiedy, oprócz siebie, musieliśmy wtargać pod górę liny, kaski i, tak zwany, sprzęt osobisty. Nie było to wcale takie łatwe. Po drugie: nie mieliśmy pojęcia, jaką ścieżkę wybrać, żeby dojść do jaskini. W końcu po kilku… czy kilkunastu minutach debaty – wybraliśmy drogę może nie najlepszą, ale też znowuż nie najgorszą 😉 Po trzecie, nie mogliśmy znaleźć otworu, mimo udzielonych nam wcześniej na bazie wskazówek, że „trzeba obejść tę górę”. Wreszcie, po czwarte, opuszczenie liny metodą „na złodzieja” w celu dotarcia do trawersu prowadzącego do Kasprowej Średniej nie bardzo się udało, ponieważ lina zapętliła się na kamieniu i cała skomplikowana operacja zdjęcia jej zajęła tym najbardziej doświadczonym wśród nas, czyli Krzyśkowi oraz Danielowi i Piotrowi (którzy dołączyli do naszej grupy na okoliczność tego konkretnego wyjścia), około godziny. Na szczęście – z pozytywnym skutkiem. Grunt, że przynajmniej częściowo plan zdobycia jaskini powiódł się. Kasprowa Wyżnia – obejrzana, choć na odwiedziny w Średniej musimy jeszcze poczekać. Po akcji wróciliśmy dość wcześnie na bazę i zaczęliśmy, w tym samym składzie kursantów, planować wyjście do Jaskini Marmurowej, w której to można było się już zmęczyć, zwłaszcza na podejściu na tak ukochanej przez wszystkich morderczej Adamicy. 

 

           

Akcja w Marmurowej była udana, oczywiście nie bez przygód godnych kursanta. Adasiowi zacięła się w shuncie rękawica, z którą to walczył wisząc na linie przez pół godziny, przewspinanie fragmentu ściany przez Paulę i Antona też dostarczyło odpowiednich wrażeń, a ja, kierując się znakami w postaci leżącej na ziemi starej rękawicy, wybrałam złą drogę powrotną i na kilkanaście minut utknęłam w zacisku (Dzięki, Adaś, za zejście na dół i kontakt głosowy;)). W końcu przyszedł Krzysiek i uwolnił mnie od dalszych chwil grozy przeplecionych planowaniem diety i wyobrażeń, jak wyglądać będzie spędzone w tym samym miejscu kolejne 30 godzin. „Akcja ratunkowa” przeprowadzona przez Instruktora trwała całe kilkanaście sekund. A zatem każdy bezpiecznie i przed zaplanowaną godziną wydostał się z jaskini. Zdążyliśmy zjeść nawet wszystkie placki w Józefie, zanim do knajpki nie dotarła kolejna nasza klubowa grupa nie mogąca nam wybaczyć, że został im już tylko schabowy. Po obiadokolacji poczuliśmy się gotowi na „najgorsze” dnia kolejnego, to jest na Ptasią Studnię;).

 

          

  Opuścił nas Anton, więc połączyliśmy siły z grupą pod wezwaniem Szymona. Szóstka kursantów: ja, Paula, niezniszczalny Terminator Józek, Hubert, Piotrek i Adaś, a także Szymon S. oraz naszych dwóch Instruktorów – Krzysztof i Szymon, wyruszyliśmy na dość karkołomny, w moim odczuciu, podbój tej nie najłatwiejszej dziury. Mnie pokonał już najgorszy dla mnie na świecie czerwony szlak i wspomniana wcześniej Adamica. Wczorajszego dnia miałam wielką nadzieję na brak przymusu wędrowania tęże drogą podczas obozu raz jeszcze.  Niestety – trzeba było nią wpełznąć znów, a później, ostatkiem sił, z „syndromem dnia trzeciego”, dojść w jakieś sensowne miejsce w jaskini i wyjść z niej. Dotarliśmy do Sali Dantego, na dnie której Szymon z Piotrem zjedli po pożywnym jogurcie z płatkami (!), a reszta po Marsie czy innym Snickersie. I tak wyposażeni w resztki sił zaczęliśmy wychodzić, wychodzić, wychodzić…, a wychodzenie to zdawało się nie mieć końca, lecz w końcu wszyscy wyleźliśmy, myśląc już chyba tylko o tym, że w bazie czeka na nas niejedno zimne piwo, a nazajutrz robimy dzień restowy, z którego oferty każdy skorzystał według własnego uznania. Niektórzy udali się do Zakopca, a ja nie mogłam oprzeć się urokom term, które na nowo pobudziły mnie do życia na tyle, że następnego dnia, w drodze do Wielkiej Litworowej, nawet nie zauważyłam trudności Kobylarzowego Żlebu. Wieczorem na bazie dołączył do nas Andrea, więc znów jak na początku w składzie 4 + Instruktor, poszliśmy do jaskini, która ze względu na kilkudniową już aklimatyzację wyszła nam całkiem sprawnie, chociaż zaporęczowaliśmy ją do tylko do trawersu nad Studnią Flacha. Po akcji wróciłam z Krzyśkiem na bazę, natomiast pozostała trójka postanowiła poleżeć na łonie natury i fotografować kozice, których wyjątkowo dużo pojawiło się w okolicach szlaku.

            I tak zbliżaliśmy się niestety do końca obozu… W piątek miało padać i padało, więc moja grupa została w bazie. Ekipa nie-kursantów, która wybrała się do Czarnej, musiała nakładać kaski w celu ochrony przed gradem.

 

Po całym tygodniu wyzwań i wystawiania siebie i swoich umiejętności na próbę, byliśmy już trochę zmęczeni. Choć teraz, prawie dwa tygodnie po zakończonym obozie, pewnie niejeden z nas chciałby sprzed monitora komputera  czy z wygodnej kanapy, przenieść się z powrotem w tatrzańskie ciemności albo na jakąś klubową  wieczorną imprezę w kuchni Truchanówki…

            Było cudnie. Niech żałują wszyscy, którzy nie dotarli. A dla naszych Instruktorów z SGW  – ogromne podziękowania za komfort, wiedzę, doświadczenie i bezpieczeństwo. Bez Was – byłoby ciężko.