Dawno, dawno temu, gdy odległa Skandynawska kraina śniegu i lodu o nazwie Rjukan, brzmiała dla mnie równie egzotycznie co Anchorage,a Telemark podobnie jak Kandahar kojarzył mi się z moimi początkami na nartach marki Regle 😏 Pojawił się pomysł. Ktoś rzucił: A wiecie, że przez Sund zbudowali most, podobno drugi na świecie? Może pojechać, zobaczyć no a potem do Norwegii na lody?
To nie to, że bez mostu było to niemożliwe, ale jakoś z tymi promami… no sztormy, Heweliusze 😉 Oczywiście żartuje, chcieliśmy zaliczyć Kopenhagę i most, więc zapakowani po czubek sprzętem i żarciem, pojazdem marki Citroen C-15 zwanym pieszczotliwie ,,Budką” pomknęliśmy rączo przez dawne NRD 😉 Danię, Szwecję do Norwegii.
Oj, to była podróż. Auto to było typowym blaszakiem, stworzonym raczej na inne klimaty. Pasażerowie tylnego rzędu siedzieli w puchówkach ze śpiworami na kolanach, a kierowca i ten obok, mieli do wyboru, albo zamarznięte szyby albo nogi 😃 Okrutnie spawało.
Większość granic pokonaliśmy płynnie. Na norweskiej kazano nam zjechać na bok. Przed nami stał już zdezelowany bus na polskich tablicach. Jego pasażerowie, o aparycji i stylówie wskazującej na proletariat, wyciągali z wnętrza kolejne pakunki – skrzynie z wekami, jajami, ziemniaki, cebulę, no i zgrzewy piwa i wódę pozyskanie niedawno w promowej Balatonie. Po minie strażników – celników coś było nie halo. 🤔
Zaniepokojeni, bo przecież też wieźliśmy żarcie i płyny, otworzyliśmy panu celnikowi ,,Budkę”. Na wierzchu oczywiście były liny, czekany, kaski i inne wspinaczkowe rupiecie. Wcześniejsze zimne spojrzenie pana w mundurze rozjaśnił lekki uśmiech.
– Climbing, ice climbing? – Rzucił.
– Tak! Yes znaczy, Telemark, Rjukan!😃 – Pan machnął by jechać. Odprowadziło nas nienawistne spojrzenie jarającego szluga kierowcy naszych rodaków.
I tak po ćwierć wieku, ponownie miałem przyjemność pojechać do Rjukan, w zacnym towarzystwie, w innych już czasach, innych okolicznościach. Tak jak wtedy byłem najmłodszym uczestnikiem tak dziś najstarszym. Niezmienne były tylko uroki zimowej Norwegii 🙂 O których napisze teraz Ola z Szymonem😉
Marek
Po tym przydługim i przynudnym wstępie z zamierzchłych czasów mchu i paproci… 😉
Zimowe wyjazdy zaczęliśmy planować w pracy by umilić sobie czas na wygnaniu. Kilka telefonów i udało się w moment zorganizować ekipę w składzie: Ewa, Kasia, Paulina, Jacek, Marek, Krzyśków dwóch, Ligia i my. Niestety jak zwykle nie mamy wspólnego zdjęcia…
Dwa lata temu było Hemsedal. Rok temu byliśmy za kołem podbiegunowym. W tym roku wybór padł ponownie na przyjemne i łatwo dostępne (mówię o podejściach pod lody nie o przyjeździe z Polski) Rjukan.
Wszyscy karnie stawili się na parkingu przy stanowisku Kozioroga Dębosza, skąd dwoma zatowarowanymi busami pojechaliśmy na północ.
Pierwszego dnia na rozeznanie poszliśmy do mało uczęszczanego Gausetdalen. Przywitała nas tam szeroka ściana lodowa, piękny kanion prawie zamarzniętej rzeki z mnogością opcji wspinaczkowych. Nadal mnie zachwyca w jak bajkowe formacje potrafią zamarzać wodospady.
Drugiego dnia plan był ambitny. Mnie Ewa podpuściła, że zrobię Vermorka prawego, a reszta ekipy miała iść głębiej w wąwóz poszukać trudności. Niestety od pewnego miejsca śniegu było po pas, więc po pierwsze dojście na koniec doliny byłoby wyjątkowo czasochłonne, a po drugie przy tej ilości śniegu zagrożenie lawinowe na ostatnich lodach w dolinie powyżej akceptowanego. Największą determinacją wykazali się Paulina z Jackiem, którzy może i nietrudną drogą, ale przewspinali cały lodospad, aż do drogi.
Tymczasem z moich nadziei na spokojne, bezstresowe wspinanie w dwie kobietki nici wyszły, bo towarzystwo uznało, że też wejdą Vermorka.
Vermorki powinnam przedstawić. Są to myślę dwa najpopularniejsze lody Rjukan po dwóch stronach mostu, który prowadzi do historycznych zakładów przemysłowych, znanych z produkcji nawozów azotowych (od początku XX w.) oraz produkcji ciężkiej wody podczas II wojny światowej. Miejsce to, wpisane na listę UNESCO, było celem kluczowego sabotażu alianckiego, który powstrzymał niemieckie badania nad bronią. Zainteresowanych odsyłamy do doczytania albo obejrzenia filmu: „Bohaterowie Telemarku”.
Kolejny dzień upłynął na wspinaczce w Lower George.
W poniedziałek poszliśmy do Krokan’a. Piękne miejsce z jednowyciągowym drogami. W przewodniku napisali „one od the best ice crags in the world”. Myślę, że wiele się nie pomylili. Zróżnicowane trudności dają zabawę zarówno początkującym jak i zaawansowanym wspinaczom. Niestety temperatura była na granicy odczuwania jakiejkolwiek przyjemności ze wspinania. Myślę, że dlatego Marek był pierwszy gotowy się wspinać i po zrobieniu jednej drogi był gotowy wracać do domu. Ja próbowałam drogę obok, ale przy tak twardym lodzie pokonało mnie wkręcanie śrub. Odpokutować mogłam chwilę później, gdy Szymon w połowie drogi stwierdził, że mu się nie chce i mam iść skończyć. Lód może nie był bardzo trudny za to zdecydowanie psychiczny i efektowny. Bałam się uderzać za mocno by nie spaść wraz z całym lodem.
We wtorek odpuściliśmy sobie lodospady i poszliśmy na narty i snowboard. Z Pauliną zmierzyłyśmy się pierwszy raz z deską, więc ilości wywrotek to nawet nie zliczę. Grunt, że skończyłyśmy całe i z uśmiechami od ucha do ucha. Wieczorem do naszej w wesołej kompani dołączyła jeszcze czwórka prawdziwych łojantów z Polski. Opowieściom nie było końca…..
W kolejnych dwóch dniach wspinaliśmy się jeszcze w Rjukan Centrer. Jest to o tyle ciekawe miejsce, że po zachodzie słońca lody są… doświetlane! W Rjankan są ustawione reflektory tak, że spokojnie można się wspinać bez czołówki na całych czterowyciągowych drogach do godziny 22.
Podczas wyjazdu nasz mentor niestrudzenie parał się inuickim zajęciem – zbudował piękne iglo w którym co poniektórzy nie omieszkali poimprezować.
Himalajów może nie zdobyliśmy ale krajoznawczo i towarzystwo była to bardzo udana wycieczka.
Ola i Szymon
Wykaz przejść z przymrużeniem oka dołączamy do zdjęć
Zainteresowanych zapraszamy za rok 🙂





















