Majówka 2017 w Rumunii

Dodał Ewelina Raczyńska, 12 czerwca 2017 Kategorie: Aktualności, Działalność, Działalność zagraniczna, Ważne Brak komentarzy

Jedziesz do Rumunii??? Jak tak to potrzebuje szybkiego potwierdzenia.…

Nie wahając się długo odpowiedziałem: dobra jadę, ale kto organizuje, gdzie, jak i dlaczego?

Tomi z STJ-tu z Krakowa, poznaliśmy się w Czarnogórze na zeszłorocznej Meduzie. W ten oto sposób, pocztą pantoflową, dowiedziałem się,  że organizowany jest wyjazd.

Dalej to tylko, szybkie pakowanie w przeddzień wyjazdu i ogarniecie wszystkiego, czego chcą od ciebie w robocie, jak musisz akurat szybciej wyjść. Uff.. udało się wyjechaliśmy. Oby tylko pogoda dopisała, bo leżący śnieg i lejący wokół deszcze na to nie wskazuje. Po długiej 13-godzinnej podróży, zatrzymujemy się pod miejscowością  Beius,  gdzie po krótkim noclegu ruszamy na zwiedzanie płaskowyżu Padis.

Jest to bez wątpienia  jeden z najpiękniejszych powierzchniowo terenów krasowych znajdującego się w górach Apuseni pasma Bihor w północno-zachodniej części Rumunii. Oprócz, przepięknej krasowej doliny Polana Ponor, licznych wąwozów czy wodospadów, największe wrażenie robi przeogromny 70 metrowy portal będący otworem głównym jaskini Citateli Ponorului. Góry pokryte jeszcze o tej porze roku, głębokim śniegiem, który urozmaica nam podróż.

 

 

Po udanym trekingu ruszamy do naszej docelowej bazy w Casa Traditionale w Rosia, tuż obok jaskini Ciur Ponor. Rozbijamy namioty obok krytych słomą chat, gdzie wieczorami tętniło życie imprezowo-towarzyskie. Jest tam wszystko, by zapewnić pozory cywilizacji, czyli prysznic z zimną wodą, publiczna toaleta, oraz okupowana przez wszystkich kuchnia.

Następnego dnia, po udanym wieczorze integracyjno-zapoznawczym, ruszamy podzieleni na grupy na podbój rumuńskich jaskiń. W swojej grupie idę do jaskini  Ciur Ponor.

Jaskinia ze sporą ilością wody. W ciasnych przełazach, po mimo niewielkiego lustra wody, nie ma możliwości wyjścia będąc suchym. Jaskinia ma łączną długość 20150 m. I kończy się partiami syfonalnymi, do których zmierzamy. Po wstępnych ciasnotach jaskinia kontynuuje się obszernymi gangami, okraszonymi piękną szatą naciekową, przez które szybko pokonujemy znaczne odległości. Docieramy do sali Paragina, w której ogromie mamy kłopot ze znalezieniem meandra prowadzącego do syfonu. Drobnych problemach orientacyjnych, błądząc wśród ogromnych głazów, docieramy do pierwszego z 7 syfonów, kończącego dostępną dla nas część jaskini.

 

 

Kolejnego dnia czeka na nas, jaskinia Craiului (jaskinia Królewska). Jak wskazuje nazwa, bogactwo szaty naciekowej jest tam jeszcze większe, przez co objęta jest ona szczególną ochroną. Początkowe ciasne i błotne partie jaskini, nie zapowiadają nic nadzwyczajnego. Oporęcznowanie jaskini w stylu czeskim, mianowicie drabinki dominują nad tradycyjnymi odcinakami linowymi. Po serii błotnych przełazów, charakter jaskini zmienia się, otwierając przed nami przepiękne ogromne przestrzenie pełne wszystkich możliwych typów nacieków. Spąg jaskini przekształca się regularnie płynącą rzekę, przez której meandry przechodzimy korzystając z stalowych trawersów. Sala główna jaskini, jest bez wątpienia najpiękniejszym odcinkiem jaskiniowym na tym wyjeździe.

Następna jaskinia, którą odwiedziliśmy to jaskinia Avenul Din Sesuri. Przypomina ona w swoim rozwidleniu pionowe jaskinie tatrzańskie, które wszyscy dobrze znamy. Poręczowanie jaskini, było  niebywałą zagadką logiczną, gdyż rozmieszczenie znajdujących się tam spitów zmieniało się wielokrotnie z biegiem lat, zatem wybranie tego „jedynego” idealnego punktu nie było oczywiste. Po drobnych trudnościach z kreatywnym poręczowaniem i brakach w sprzęcie dotarliśmy do sali Mare. W tej 30-metrowej sali ogromne wrażenie robi wielkie podziemne jezioro pokrywające znaczą część sali. Po paru fotach w sali wracamy na powierzchnie, z lekkim niedosytem, gdyż zwiedziliśmy niespełna połowę jaskini.

 

Dla oderwania od jaskiniowych przygód, kolejnego dnia postanawiamy spróbować kanioningu w kanionie Oselu. Po paru godzinach podróży, przywdziewamy pianki, zakładamy kalosze i pniemy się na sam szczyt kanionu. To moje pierwsze zetknięcie z kanioningiem, także trochę się stresuje, na szczęście Tomi wyjaśnia szczegółowo co i jak. Zjeżdżamy kolejno szeregiem kaskad w rwącej wodzie. Na szczęście przemacza nas jedynie, gdy zjeżamy w wodospadzie, a woda jest na tyle ciepła, że nie tracimy komfortu. Dalej to co sprawia najwięcej emocji, czyli skoki do marmitu. Ogólnie fajna zabawa, jakby ktoś miał kiedyś możliwość spróbować, to szczerze polecam. Szybko pokonujemy 200 metrów deniwelacji kanionu i w tym miejscu niestety musimy się pożegnać z ekipą z Krakowa, która wraca do Polski.

My razem z ekipą z Sopotu zostajemy w Rumuni do niedzieli. W dniu „restowym” postanawiamy odwiedzić kopalnie soli w Turdzie. Po przejściu kilku tuneli i sal tematycznych trafiamy do głównej kawerny o głębokości 112 metrów, która robi już wrażenie swoją wielkością. Oświetlenie kopalni jest świetnie zaaranżowane, jedyne co wzbudza poczucie kiczu, to wykończenie w stylu wesołego miasteczka. Można przejechać się na diabelskim młynie, popływać łódką, zagrać w pingponga, czy pokręcić się na karuzeli. Cóż, z czegoś muszą się utrzymać, poza tym wrażenia w pełni pozytywne.

W drodze powrotnej z kopali, udajemy się do kanionu Turda, który powinien zainteresować szczególnie wspinaczy, gdyż z płaskiej ścieżki startują obite 300 metrowe ściany. My ograniczyliśmy się jedynie do krótkiego spaceru dnem kanionu.

Następnego dnia wybieramy się razem z ekipą z Sopotu do jaskini Zapodie. Po krótkiej podróży mamy znowu przyjemność torować drogę w mokrym śniegu. Cóż warunki w wyżej położonych rejonach podobne jak w Tatrach o tej porze roku. Jaskinia ponoć bardzo ładna, „a nie być w Rumunii, a nie być w tej jaskini, to jak nie być w Rumunii”. Tak przynajmniej możemy czytać z opisu tejże jaskini, gdyż po zjechaniu lodospadu docieramy do lodowego korka, który skutecznie blokuje naszą dalszą akcje. Niczym ludzie pierwotni próbujemy rozbić lód kamieniem, lecz szybko rezygnujemy, gdyż stanie w lodowatej wodzie nie należy do przyjemności. Trochę zawiedzeni wracamy na bazę. Kolejnego dnia, pogoda przestaje nas rozpieszczać, także postanawiamy wracać do Polski. W niedziele po północy docieramy w końcu do Wrocławia.

 

I tu kończąc tą przydługą relację, w pierwszej kolejności chciałbym podziękować Tomaszowi „Tomiemu” Pawłowskiemu za ogrom pracy włożonej w organizacje wyjazdu, dalej Oli i Mackowi Fryń za wspólną podróż z Wrocławia, jak i wszystkim z STJ KW Kraków, SKTJ jak i innych klubów za wspólnie spędzony czas. Jaskinie, które zwiedziliśmy, to zaledwie niewielka część tego co oferuje Rumunia, ale bez wątpienia warto było.

Dla chętnych polecam również wideo-relacje z wyjazdu autorstwa Dariusza Bartoszewskiego. Tam także o jaskiniach, w których nie miałem przyjemności być, czyli Coiba Mare – Coiba Mica  i ataku na Twierdze Ponoru (Cetatile Ponorului):

 

 
   

 

 Daniel Furgał

 

Kolejne metry w Mammoth Cave

Dodał Ewelina Raczyńska, 9 października 2016 Kategorie: Aktualności, Działalność, Działalność zagraniczna, Ważne Brak komentarzy

W Kentucky – Mammoth Cave, lipiec 2016

Jaskinia: krasowa, Mammoth Cave – Collosal Cave

Na ten wyjazd przygotowywałam się już od dłuższego czasu. Nie tak całkiem łatwo było bowiem dołączyć do eksploratorów tej najdłuższej na świecie jaskini. Kontakt do kierownika regularnie odbywających się tam wypraw, dostałam od Wiesia Klisia (za co bardzo dziękuję), członka SGW, który na stałe mieszka w Stanach i często bierze udział w owych wyjazdach. Jednak, aby dołączyć do jednego z takich wypadów musiałam zostać członkiem Cave Research Foundation. Jest to organizacja skupiąjąca ludzi, którzy zajmują się głównie badaniem i ochroną jaskiń. To oni, od lat 40-tych, zajmują się ciągłą eksploracją Mammoth Cave. Jaskinia ta znajduje się na terenie parku narodowego o tej samej nazwie, w stanie Kentucky. Park znalazł się na liście światowego dziedzictwa UNESCO, dlatego co roku wnętrza jaskini odwiedząją setki tysięcy turystów. Jaskinia powstała w wartstwach wapienia (trzech pasm górskich: Flint, Mammoth Cave i Toohey) ograniczonych warstwami piaskowca, którego fragmenty zresztą można spotkać wewnątrz jaskini. Więcej o geologii min. tego systemu można poczytać w książce Cave Geology Arthura Palmera, do czego zachęcam.

W tej chwili jaskinia ta ma długość ponad 644km. Nie sposób jednak być z tym na bieżąco, każdego roku bowiem, a właściwie co każdą wyprawę przybywa nowych skartowanych metrów, a badziej stóp;).

Baza CRFu znajduje się na terenie tego właśnie parku w Hamilton Valley, daleko od turystycznych miejsc, wśród zielonych pagórków. Budynek bazy został wybudowany przez fundację, specjalnie jako miejsce wypadowe do eksploracji jaskini.

Mammoth Cave otwor- Collosal Cave

Przyjechałam tam późnym wieczorem, tego dnia zdążyłam poznać tylko kierownika wypraw, którym regularnie jest Dave West. Dowiedziałam się, że następnego dnia mam pojawić się na przygotowywane dla wszystkich śniadanie, a po nim zostanę przydzielona do jednej z grup idących na eksplorację. Tak też zrobiłam. Dave dołączył mnie do młodej ekipy 5 osób, idących na najdłuższą akcję do jaskini o nazwie Collosal Cave, będącej oczywiście częścią jaskini Mamuciej. Oprócz naszego wyjścia, tego dnia do jaskini ruszyło 5 innych grup! I tak każdego dnia przez tydzień. Nie dziwne, że eksploracja posuwa się tutaj dość szybko.

rozdzial wyjsc na wyprawie

Celem mojej grupy było poprawienie starych pomiarów w partiach nazywających się Ehman, a także sprawdzenie kilku przodków. Plan zakładał 14h w jaskini. Na bazie każdy miał do dyspozycji szeroki wybór batoników, puszek z owocami, orzechów i innych pyszności. Zabrałam zatem kilka batoników, zestaw do kartowania i już o…12:00 ruszyliśmy do jaskini.

Do otworu musieliśmy dojść z parkingu około 45 minut, ładną ścieżką przez gęsty las. Otwór ten nie jest naturalnym otworem jaskini. Powstał on w latach 20-tych, kiedy to udostępniono tę część jaskini do zwiedzania. W tej chwili zostały tam tylko ślady turystycznych udogodnień, jak poszerzony wstępny korytarz czy wybetonowane chodniki w wstępnych partiach jaskini.

Droga na przodek prowadziła przez ciekawe formacje wielkich meandrów i sal, a także, co może niektórych zaskoczyć wielu ciasnych miejsc i korytarzy do czołgania. Sam przodek był taką właśnie ciasną rurą.

W jaskini było bardzo ciepło, około 13st, choć muszę przyznać, że nie na tyle ciepło, żeby jak jeden z kolegów, pójść tam w szortach i T-shircie! Co ciekawe ja po wyjściu z jaskini byłam, jak zwykle, cała w sinikach, a on nie miał nawet skaleczenia od czołgania!

Collosal Cave - Mammoth Cave 1

 

Spędziliśmy na przodku i kartowaniu wiele godzin, dzięki czemu dodaliśmy trochę metrów do systemu tego dnia. Niestety fundacja nie posiada wystarczającej ilości kompletów disto+palm, dlatego pomiary robiliśmy starymi metodami sunto + taśma, co oczywiście zajmowało więcej czasu.

Opuściliśmy jaskinię zgodnie z planem, w środku nocy. Na bazie czekała na nas przygotowana kolacja, piwo i ciepły prysznic.

Nie za długo dane mi było pospać, bo następnego dnia z rana również chciałam pójść do jaskini. Po śniadaniu odbyła się ta sama procedura co dnia poprzedniego. Trafiłam do nowej grupy, z podobnymi zadaniami.

Po każdym takim wyjściu Dave i inni odpowiedzialni za dokumentację, zbierali dane od grupy i „wrzucali” je do systemu. Wszystko tu jest udokumentowane, każda grupa też musi napisać w systemie elektronicznym raport z wyjścia.

pokoj pracy na bazie 2

Po kilku dniach intensywnego jaskiniowania musiałam udać się już na lotnisko, żeby wrócić do Seattle. Poznałam tam jednak wielu bardzo miłych grotołazów z całych Stanów, zakupiłam stos niezbędnych książek o jaskiniach, dołożyłam swoje metry do jaskini Mamuciej – czego więcej można pragnąć!

Ewelina Raczyńska

„W najgłębszej jaskini świata” prelekcja w siedzibie SGW

Dodał Ewelina Raczyńska, 22 września 2016 Kategorie: Aktualności, Działalność, Działalność zagraniczna, Nurkowanie, Ważne Brak komentarzy

Zapraszamy na prelekcję już w najbliższy wtorek 27 września do siedziby SGW!

Tematem prezentacji będzie tegoroczna wyprawa (zorganizowana przez Wielkopolski Klub Taternictwa Jaskiniowego w Poznaniu) do jaskini Krubera-Woronia w masyw Arabika, w Abchazji. Obecnie jest to najgłębsza znana jaskinia świata.

Celem głównym wyprawy było dostanie się do partii za syfonem Bermuda i wykonanie nurkowania w syfonie Dva Kapitana na głębokości -2140 m oraz osiągnięcie suchego dna jaskini – Game Over na głębokości -2080 m. Punkt ten powszechnie uznawany jest za „dno świata”.
Opowiadać będą jej uczestnicy: Ewelina Raczyńska (SGW) i Michał Macioszczyk (WKTJ).

Krótka relacja dostępna jest tutaj.

Biwak na -1640m

Biwak na -1640m

Miejsce: siedziba SGW, ul. Góralska 38 (wejście od podwórza, schodkami w dół).
Termin: 27 września, godzina 21:00.
Wstęp wolny 🙂

Zapraszamy każdego zainteresowanego jaskiniami, nurkowaniem, tegorocznym kursem na kartę taternika jaskiniowego oraz każdego, kto ma ochotę posłuchać o tym, jak wygląda Ziemia od środka 😉

Na dnie

Na dnie

 

Niezwykły podziemny świat stanu Tennessee, USA

Dodał Ewelina Raczyńska, 17 czerwca 2016 Kategorie: Aktualności, Działalność, Działalność zagraniczna, Ważne Brak komentarzy

Tak jak sobie ostatnim razem obiecaliśmy, ja, John i Corey umówiliśmy się znów na wspólne „jaskiniowanie”. Tym razem w stanie Tennessee, zagłębiu najpiękniejszych jaskiń USA. Chłopaki odebrali mnie z lotniska w Nashville w piątek. Jest czerwiec, więc pogoda na południu USA niczym w dżungli, ponad 80 ichnijeszych stopni (> 27st C), 80-90% wilgotność. Ledwo szło tam oddychać! A żeby jeszcze było mało udaliśmy się tego dnia prosto pod jaskinię, do wilgotnego i dusznego lasu, pełnego chórów nieznośnie głośno kumkających żab i czepiących się o wszystko lian na drzewach.

 

Mapa

Rozbiliśmy kamping tuż obok otworu Run To The Mill, z nadzieją udania się tam następnego ranka. Cóż, ranek to pojęcie mocno względne, dla Corey-go to na pewno nie wcześniej niż 9:00!

Nie mniej pogoda nie zapowiadała się najlepiej. Tego dnia przez stan Tennessee miały przechodzić intensywne burze. Bynajmniej nie przeszkadzało nam to w dojściu do jaskini, bo przecież otwór mieliśmy niemalże tuż obok namiotów. Problem stanowiła jaskinia sama w sobie, wystarczy bowiem parę ulewnych godzin i jej wnętrze zapełnia się wodą pod strop.

Nie chcieliśmy zginąć tak mało bohaterską śmiercią, czekaliśmy zatem na ustąpienie deszczów. W międzyczasie udaliśmy się do paru ciekawych miejsc, min. jaskini jednej studni – Bo Allen Pit, ok -46m głębokości. Na dnie owej studni, znajdowała się kolekcja krowich i końskich czaszek. Nie mam pojęcia jak się tam znalazły skoro otwór tej jaskini był na wciśniecie się człowieka! Może je tam ktoś zatargał?

Wyjątkowo ciekawym doświadczeniem okazała się nie sama jaskinia, ale sposób oporęczowania. Noż Ci Amerykanie jak coś wymyślą! Sami zobaczcie.

Przed jaskinią "Bo Allen Pit"

Przed jaskinią „Bo Allen Pit” – „american way”

Następnego dnia lało nadal, musieliśmy zmienić nieco plany. Na dziś została, więc wytypowana jaskinia Rumbling Falls, długości prawie 40km!! Po moim zainteresowaniu poręczowaniem we wcześniejszej jaskini, John teraz już zawsze pytał „…approved by polish instructor?”. Ale trudno było o „approval” jak w studni o głębokości 60m lina 9mm (wprawdzie nówka sztuka, ale sztywna jak bat -zdjęcia) tarła o każdy kant, bo na co komu przepinki „przecież wtedy większość Amerykanów by tu nie mogła zjechać!”  jak tłumaczył John. Zamiast przepinek na kantach co jakiś czas wiszą, jak je nazwałam „kocyki” (kawałki kocopodobnego materiału). Na szczęście studnia miała kształt dzbana, tarcie więc występowało tylko na początku zjazdu. Ale nie o tym, nie o tym!

Zdecydowanie najciekawszym miejscem w tej jaskini jest znana sala Rumbling Room (to ta właśnie ciekawie oporęczowana). Ale nie głębokość ani objętość robi tu wrażenie – choć jest to największa sala USA, na wschód od rzeki Missisipi – ale wygląd i budowa samej studni. Niesamowite miejsce, jak nie z tego świata!

Rumbling Falls

Rumbling Falls Cave fot. Adam Haydock (http://adamhaydock.blogspot.com/)

Mimo, iż jaskinia jest bardzo często odwiedzana przez miejscowych grotołazów, to tego dnia Corey znalazł najprawdopodobniej kompletnie nowy ciąg, z kilkoma wielkimi salami! Ach, pozazdrościć tym Amerykanom. Nie dość, że o otwory jaskiń potykają się w swoich ogródkach, to jeszcze ciągle czeka na nich masa nieodkrytych miejsc w ich podziemnym świecie.

Spędziliśmy w tej niezwykłej jaskini cały dzień. Kolejnego mieliśmy nadzieję szykować się już do jaskini Run To The Mill, burze już bowiem całkiem ustały.

Run to The Mill - pod otworem przepak

Run to The Mill – przepak pod otworem

W poniedziałek rano, o samym świcie (ok 7:00 – jak mówiłam to pojęcie względne), udało mi się chłopaków wyciągnąć ze śpiworów i choć strasznie marudzili, po mojej komendzie „put on oversuits, do not discuss!”, udało mi się ich wwlec do jaskini. Oczywiście, jak już do niej weszli byli szczęśliwi i szybko się obudzili, gdyż pierwsze 1,5h drogi szliśmy cały czas w meandrze pełnym wody, czasem nawet po pachy. Ale jak zwykle, Amerykanie mają lepiej, temperatura w tych jaskiniach to około 15 st C, woda więc jest też o wiele cieplejsza niż w naszych. Kąpiel nie należała zatem do tych z rodzaju „znikających przyrodzeń”;). Ten ciasny pełen wody meander, wpada w końcu do wielkiej studni, gdzie to zaczyna się już prawdziwy podziemny, milowy rzeczny gang…

Rumbling Falls Cave fot. Adam Haydock (http://adamhaydock.blogspot.com/)

Run To The Mill Cave fot. Adam Haydock (http://adamhaydock.blogspot.com/)

Warto też jeszcze wspomnieć, że Run To The Mill należy do jaskiń udostępnionych przez SCCI – Southeastern Cave Conservancy, Inc. Jest to organizacja non-profit, która – jak powiedział John – „kupuje i chroni jaskinie, żeby grotołazi mogli się nimi dowoli nacieszać”.

A mi teraz pozostało nacieszać się wspomnieniami i nadzieją, że może jeszcze się we trójkę spotkamy w jaskiniach. Może tym razem…w Meksyku? Kto wie….

Ewelina Raczyńska

 

PS. A lot of thanks for Adam Haydock, who agreed to publish his beautiful photos.

Sen o hawajskiej… jaskini – w Kazumurze

Dodał Ewelina Raczyńska, 14 czerwca 2016 Kategorie: Aktualności, Działalność, Działalność zagraniczna, Ważne Brak komentarzy

W pewien majowy piątek moja stopa stanęła na Big Island, na Hawajach (50 stan USA od 1959r.). Bynajmniej to nie upał wprawił mnie w osłupienie, a raczej wygląd lotniska. Nazwałam go lotniskiem „pod palmami”, gdyż nie był to budynek, a raczej kilka ławek pod dachem. Była już noc, wiec od razu skierowałam się do hotelu w turystycznej miejscowości Kailua-Kona.

 

Mapka

 

O samym świcie ruszyłam w drogę. Tego dnia moim celem było zobaczenie wyspy i wejście na najwyższy na wyspie i szósty pod względem wysokości punkt tej części świata, wulkan Mauna Loa (4169 m n.p.m.). Wg dostępnych danych, wulkan ten jest jednym z najaktywniejszych wulkanów na świecie, przejawia aktywność przeciętnie co trzy lata. Jak miałam się szansę przekonać, w całości zbudowany jest z warstw zastygłej lawy. Z rozległego szczytu roztacza się iście marsjański widok na morze lawy i ogromny krater.

Szczyt Mauna Loa

Szczyt Mauna Loa (4 169m n.p.m.) – widok na krater

Wieczorem, zmęczona po całym dniu wdrapywania się na wulkan, docieram na południowy kraniec wyspy, do miejscowości o uroczej nazwie Ocean View. Tam odnajduję samotny dom Any i Petera (z ciekawostek: Peter jest emerytowanym już fizykiem cząstek elementarnych z Thomas Jefferson National Accelerator w Wirgini, jak opowiadał pracował też w Los Angeles przy powstawaniu pierwszych stron internetowych w latach 60-tych), miejscowych grotołazów, którzy w swej uprzejmości postanowili przyjąć mnie na te dni pod swój dach. Miejscowość znajduje się pośród czarnych, rozległych pól lawowych, z rzadka porośniętymi drobnymi krzakami. Jedynie przy ich domu znajduje się kilka palemek. Widok na ocean i morze brunatnej lawy sprawia, że zastanawiam się dlaczego ktoś tu się przeniósł z zielonej Wirginii ( jak Peter i Ann). Temperatury są tu też o wiele niższe niż można by się spodziewać. Temperatury roczne wynoszą około 20-30st C, co sprawia, że w większości hawajskich domów nie znajdziecie ani kaloryferów ani… klimatyzatorów!

Ocean...lawy

Ocean…lawy – prawdziwy krajobraz hawajski

Kolejny dzień zapowiadał się ekscytująco. Peter bowiem miał mnie zabrać do Kazumury! Zresztą to było prawdziwym celem mojego przybycia w to egzotyczne miejsce na mapie świata.

Z rana wsiadamy w samochód i razem z Peterem i Rickiem zmierzamy ku miejscowości Volcano, tuż obok Parku Narodowego Wulkanów Hawajskich. Tam właśnie znajduje się Kazumura i jeden z jej 101 otworów, którym wejdziemy do tej wielkiej jaskini. Kazumura ma już ponad 500 lat i jest najgłębszą jaskinią Stanów Zjednoczonych (1101,8 m) oraz najgłębszą i najdłuższą (ok. 65,5 km) jaskinią lawową na świecie. Jednak eksploracja „dna” nie wymaga wielkiego zespołu ludzi i długich godzin na dotarcie, jak to ma miejsce w jaskiniach typu „alpejskiego”. Jak się bowiem można domyślić, jeden z otworów jest całkiem niedaleko jej dna, a sama jaskinia nie znajduje się głęboko pod powierzchnią ziemi. Czasami, przemierzając korytarze, widać w stropie promienie przebijającego się słońca lub wystające korzenie drzew. Jednak przejście głównym ciągiem Kazumury od najwyżej do najniżej położonego otworu zajmuje 2–3 dni. Temperatura wewnątrz zależy od miejsca, gdzie się akurat znajdujemy. Oczywiście im wyżej szczytu wulkanu tym zimniej. My wchodziliśmy jednym z najwyżej położonych otworów, u szczytu krateru Kilauea, temperatura wynosiła tam około 15st C. Sama jaskinia jest niesamowita w swych kształtach. Po drodze mijamy błyszczące zastygnięte morza lawy, czasem różnych kolorów, od żółtych po czerwone. Te niesamowite kształty powstały min na skutek huraganowych wiatrów, które wiały podczas stygnięcia tunelu.

Kazumura

W  Kazumurze fot. Peter Bosted

Po drodze napotykamy też kilka drabin, służących do pokonania małych prożków, w niektórych miejscach musimy powisieć linę, żeby dostać się na dno studni. Poręczowanie w tych jaskiniach odbywa się wyłącznie z punktów naturalnych, a więc zastygniętych nierówności lawy. Lina, oczywiście gruba i sztywna, trze o wszystko jak może, ale kto by się tym przejmował, na pewno nie Amerykanie, przyzwyczajeni do tej techniki pokonywania jaskiń.

W Kazumurze

W Kazumurze fot. Peter Bosted

Po kilku długich godzinach opuszczamy Kazumurę, innym niższym otworem, znajdującym się na prywatnym terenie, po prostu w czyimś ogródku. Wychodzimy oczywiście w deszczu – leje tu prawie codziennie, przez cały rok.

Kolejnego dnia Peter przygotował dla mnie niespodziankę. Wpakował mnie w terenowy samochód i zabrał na wyjątkową na hawajach, samotną „białą” plażę, żebym mogła zamoczyć stopę w ciepłym, jak zupa oceanie! Droga do plaży prowadziła przez wyboiste tereny lawowe. W końcu dotarliśmy do owej wolnej od turystów oazy. Jak się bowiem okazało Big Island nie jest wyspą rodem z turystycznych folderów. Plaż z pięknym, białym piaskiem w zasadzie nie ma, większość to tzw. „black sand beaches” z brzegiem pełnym maleńkich okruchów czarnej lawy. A te piękne, białe piaski przy hotelach…przywieziono prosto z… Kalifornii.

Black Sand Beach

Black Sand Beach i żłówie morskie

Po pływaniu w oceanie pozostało mi tylko jeszcze zobaczenie Parku Narodowego Wulkanów Hawajskich, gdzie spędziłam już całość czasu jaki pozostał mi na wyspie.

Ewelina Raczyńska

 

Eksploracja w Zachodniej Wirginii

Dodał Ewelina Raczyńska, 14 kwietnia 2016 Kategorie: Aktualności, Działalność, Działalność zagraniczna, Ważne Brak komentarzy

Nie ograniczając się do pobliskich Waszyngtonowi stanów, postanowiłam tym razem wybrać się w okolice prawdziwego Waszyngtonu, tego z literkami DC;). Celem mojej podróży było spotkanie grotołazów z Zachodniej Wirginii i odwiedzenie z nimi tamtejszych jaskiń, tym razem nielawowych.

 

 

Podróż

 

Droga ku tej przygodzie nie należała do najszybszych (ok 4788km), jedyne ponad 5,5 godziny lotu na drugi koniec USA, a później jeszcze 3,5h w aucie, aby w końcu dotrzeć w jakże urokliwe Appalachy (ang. Appalachian Mountains).

Tamtejsi grotołazi przywitali mnie jak to grotołazi – jakbyśmy się znali od zawsze. Młoda, wesoła ekipa. Zatrzymaliśmy się w ichniejszym klubowym domku, skąd zawsze wyruszają na eksplorację. Tematów bowiem do odkrywania ciągle tu nie brakuje. Wprawdzie rekordów głębokości tu nie pobiją, ale za to tutejsze jaskinie są bardzo rozległe i wielopoziomowe.

Po przylocie okazało się, że będę miała przyjemność uczestniczyć w eksploracji jaskini o nazwie Kimble Pit w „krasowej krainie” zwanej Germany Valley. Razem z Johnem i Corey udaliśmy się zatem na biwak, chłopaki są doświadczonymi grotołazami, którzy w większości sami wyeksplorowali ową jaskinię, poza tym kilkukrotnie uczestniczyli w wyprawach do Meksyku. Miałam się okazje przekonać o tym w jaskini.

 

GV 160315
Otwór jaskini znajduje się na środku łąki, między pasącymi się krowami, na prywatnym terenie. Z auta, trzeba było pokonać aż 15 kroków do pierwszej liny. Chłopaki pod kombinezonem wewnętrznym mieli jedynie szorty i koszulki, mówili, że będzie ciepło:).
Dotarcie na biwak wymagało kilku godzin, z czego dużą część stanowiły liny, w dół, w górę, w dół, w górę, po jednym poziomie. Po tym czasie już wiedziałam, że moje wnętrze jest zbędnym elementem, temperatura w jaskini wynosiła bowiem około 13st C!

Po dotarciu na biwak, zjedliśmy po batoniku i ruszyliśmy na przodek. Najpierw zajęliśmy się zatem eksploracją. Metody eksploracji niewiele się nie różnią od naszych, kartowanie również (palm, leica, taśma do oznaczania punktów).

Na jednej szychcie udało nam się odkryć 518 stóp (ok 158m) co dało Kimble Pit długość 6.29 mil (ok10km) i głębokość 429 stóp (-131m). Nie jest, więc to mała jaskinia. Nie jest też pozbawiona uroku: liczne meandry, wiele ciekawych nacieków.

Kimble Pit

Po kilku godzinach wróciliśmy na biwak, żeby coś zjeść i nie, nie jeszcze nie spać! Kolejna wycieczka, tym razem Corey zabrał nas w najładniejsze partie jaskini, obeszliśmy ją zatem prawie całą tego dnia. Po kolejnych kilku godzinach wróciliśmy już na biwak ostatecznie. Była 3 rano.

A na biwaku? Jak to na biwaku, szałowe jedzenie i pogaduchy do rana. Różnice? Przede wszystkim przyjemna temperatura! A poza tym? Żadnych! Te same tematy rozmów, kto był to wie;) No może jeszcze coś…jak niżej;)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Oczywiście nie wstaliśmy o 6 rano, tylko trochę później, bez pośpiechu, kawka, kawka, kawka:). A potem ruszyliśmy na powierzchnię.

Chłopaki zabrali mnie też na wycieczkę po okolicy, zobaczyliśmy trochę gór i sławne wspinaczkowo w okolicy – Seneca Rocks.

A mi zostało jeszcze sporo czasu do odlotu, nie omieszkałam zatem zwiedzić przereklamowaną nieco (moim zdaniem) stolicę USA.

Washington DC

 

Krótki to był weekend, ale zdążyliśmy się polubić, bo niedługo znów jedziemy razem do jaskiń, tym razem do stanu Tennessee!

Uczestnicy:
Corey Hackley
John Harman
Ewelina Raczyńska

W jaskiniach lawowych stanu Waszyngton

Dodał Ewelina Raczyńska, 11 kwietnia 2016 Kategorie: Aktualności, Działalność, Działalność zagraniczna, Ważne Brak komentarzy

Jakby to było, mieszkając w Seattle (USA), nie odwiedzić tutejszych jaskiń! Stan Waszyngton, posiada jeden klub jaskiniowy (amer. Grotto), który skupia ludzi z całego stanu (czyli obszaru prawie 60% pow. Polski!). Niektórzy na comiesięczne spotkania jadą aż ponad 4h! I niestety nie jest ich za dużo, obecnie około 10-20 osób.

Jaskinie tego stanu to głównie formacje lawowe. Większość takich jaskiń to fragmenty tzw. rur lawowych. Amerykanie mówią na nie po prostu lava tubes. Znajdują się one na terenie starego terenu polawowego pokrytego obecnie normalna roślinnością i lasem. Nie trzeba się do nich wspinać ani szukać gdzieś wysoko, można się o nie potknąć na wycieczce po lesie.

Mi udało się pojechać na kilka weekendowych wyjazdów z grotołazami z Seattle i Oregonu w rejon Gifford Pinchot National Forest, okolice wulkanów Mount Saint Helen i Saint Adams. Tam znajduje się ich najwięcej.

Region jaskin lawowych

Rejon ten bogaty jest w jaskinie o dużych salach, czasem sięgających do 20m wysokości (np. Cheese Cave), a także w maleńkie i wąskie, takie do „ciorania”. Jaskinie rozwinięte w lawach są często pogmatwanymi labiryntami korytarzy (jak np. w Deadhorse Cave), często ozdobionymi w niesamowite formacje lawy.

Masochist Maze

Ściany tych jaskiń często pokrywają zastygnięte formy spływającej niegdyś lawy, układających się w najrozmaitsze kształty. Do ciekawostek należy fakt, że można w owych jaskiniach znaleźć np fragment bardzo starej włóczni, często zrobionej z obsydianu. Osobiście udało mi się zobaczyć taki grot, nietknięty jeszcze przez człowieka (tzw. the Spear Point)! Tydzień później został on już zabrany do badań, przez archeologów .

Spear Point

Z fauny oprócz zwykłych pajęczaków wszelkiej maści, robaków czy nietoperzy, występują tutaj dość licznie urocze salamandry.

lava (2)

A jakie panują warunki wewnątrz w takich jaskiniach? Temperatura i wilgotność podobna do naszych, około 4st C. Pamiętać jednak należy, żeby zabrać ze sobą nakolanniki, cioranie się po ostrej jak szkło lawie może dać naprawdę w kość! Lin natomiast w większości tych jaskiń nie potrzebujemy, są głównie poziome, czasem tylko z małymi prożkami.

Formacje lawowe

A jak powstały jaskinie lawowe?

Wg artykułu „Jaskinie lawowe – zarys problematyki” /Michał Gradziński, Renata Jach/ Powstanie rur lawowych jest związane ze spływami lawy bazaltowej. Powstanie rur lawowych jest wynikiem różnych procesów. Najczęściej jest efektem rozwoju skorupy ponad płynącym strumieniem lawy. Taka skorupa ostatecznie pokrywa cały potok lawowy. Powstaje ona dzięki gradientowi termicznemu pomiędzy płynącą lawą a atmosferą.

Czyli mówiąc po ludzku jaskinie lawowe o przekroju tuneli tworzą się, gdy lawa o niskiej lepkości zastyga na powierzchni, podczas gdy we wnętrzu wciąż trwa jej przepływ. Ściany tunelu pogrubiają się wraz ze stygnięciem skał, ale trwający przepływ może powodować topnienie skał położonych niżej, obniżając dno tunelu i jednocześnie podwyższając ściany.

Odwiedzone do tej pory jaskinie:

  • Fall’s Creek
  • Skamaniac Cave’s
  • Deadhorse to see the Spear point
  • Twin Skull’s
  • Tubal
  • Stumpy Cave’s
  • Blank
  • Stairwell
  • Vacant Cave’s
  • Thanksgiving Cave

Co tu dużo mówić, zobaczcie galerię zdjęć! 😉

Ewelina Raczyńska

Wyjazd rozpoznawczy do wywierzyska Schwarzbach, konferencja Niemieckiej Federacji Speleologicznej /VdHK/

Dodał Ewelina Raczyńska, 18 października 2015 Kategorie: Aktualności, Działalność, Działalność zagraniczna, Nurkowanie, Ważne Brak komentarzy

Wywierzysko Schwarzbach (niem. Schwarzbachloch) jest jednym z większych wywierzysk regionu, odprowadza wodę z pokaźnego masywu Reiter Alpe.

Wywierzysko znajduje się w pobliżu miejscowości Ramsau, na obrzeżach parku narodowego Berchtesgaden, kilkadziesiąt kilometrów na zachód od Salzburga (ale po stronie niemieckiej). W 2003 roku Włodek Szymanowski i Andrzej Szerszeń odwiedzili to miejsce, ale nie udało im się zanurkować w wywierzysku ze względów formalnych.

  • Schwarzbachloch, źródło: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Schwarzbachloch.JPG

W tym roku Jurgen Bohnert, jeden z najbardziej prominentnych nurków niemieckich, w rozmowie z Mirkiem Kopertowskim zaproponował kontynuację eksploracji wywierzyska. Szczególnie interesujący ma być przepływ powietrza w dużej sali Schwarzbachdrom, za syfonem 7. Postanowiliśmy rozpoznać temat i 5 września 2015 wybraliśmy się w dwuosobowym składzie (Mirek Kopertowski, Maciek Czykierda) do Niemiec. Wyjazd połączyliśmy z wizytą na dorocznej konferencji Niemieckiej Federacji Speleologicznej.

Konferencja

Przyjechaliśmy po południu, w sam raz, aby wybrać się na finalne prezentacje konferencji. Szczególnie podobała nam się prawie godzinna prezentacja filmów, zdjęć i animacji komputerowych Carstena Petera – warto było. Dodatkowym atutem pojawienia się na konferencji było nawiązanie nowych znajomości z ważnymi osobistościami niemieckiego speleo, co na pewno pomoże nam w przyszłości – np. w pozyskaniu pozwoleń, logistyce wypraw itp. Rozmawialiśmy także z kilkoma osobami z Bułgarii na temat potencjalnego wyjazdu letniego do jaskiń bułgarskich.

Schwarzbach

W niedzielę 06.09.2015 wybraliśmy się do wywierzyska. Przygotowanie podstawowego sprzętu nie trwało długo i wraz z dość dużą grupą „widzów” podjechaliśmy do parkingu za przełęczą Schwarzbachwacht, skąd było najbliżej do wywierzyska. Ostatecznie do jaskini weszło 5 osób. Poziom wody był bardzo wysoki, miejca, które są w suchych warunkach bez problemu do przejścia były zalane wodą. Udało nam się relatywnie bezproblemowo osiągnąć obejście syfonu 2, ale niestety dojście do syfonu 3 było niemożliwe, ze względu na wysoki poziom wody (Jurgen twierdził, że w wyniku deszczu poziom wzrósł o jakieś 20 m!). Choć nie osiągnęliśmy biwaku, który jest za syfonem 6, to jednak wizyta w jaskini dała nam pewne informacje i naświetliła potencjalny problem, jakim jest szybki i bardzo znaczący przybór wody (zimnej wody!) i ewentualne problemy nawigacyjne podczas pokonywania suchych partii. Samo poruszanie się po jaskini jest proste, nie ma dużo odcinków linowych ani ciasnot.

Po wyjściu z jaskini zostało nam trochę czasu, udaliśmy się na eksplorację powierzchniową na zboczach góry Eisberg.

W poniedziałek prowadziliśmy eksplorację naziemną na zboczach góry Zirbeneck, gdzie dzięki pomocy GPSa próbowaliśmy znaleźć się bezpośrednio nad salą Schwarzbachdrom. Mirek odnalazł kilka nowych otworów, jednak żaden z nich nie dawał perspektyw na eksplorację w kierunku interesującej nas sali. Wycieczka powierzchniowa była w sumie niezłą przygodą: przedzieranie się przez kosówki, dziki teren, ekspozycja, piękne widoki. Całe szczęście, że pogoda nam dopisywała, a ścieżki używane przez myśliwych prowadziły tam, gdzie trzeba 🙂

We wtorek wymieniliśmy się informacjami technicznymi, porozmawialiśmy o planowanej eksploracji w styczniu i lutym (najlepsze miesiące ze względu na niski poziom wody) i przed północą wróciliśmy do Wrocławia.

 

Maciek Czykierda

Kolos 2014 za wyprawę Hagengebirge!

Dodał Ewelina Raczyńska, 19 marca 2015 Kategorie: Aktualności, Działalność, Działalność zagraniczna, Ważne Brak komentarzy

 

Z radością pragnę poinformować, że laureatem tegorocznego konkursu podrózników KOLOSY za rok 2014 w kategorii „Ekspolacja Jaskiń” nagrodę główną otrzymała wyprawa Hagengebirge 2014 klubów SKTJ i SGW.

 

Chcielibyśmy pogratulować sukcesu kierownikowi wyprawy Markowi Wierzbowskiemu, a także wszystkim uczestnikom, którzy brali udział w wyprawie przez te wszystkie lata. Składamy również gratulacje uczestnikom i kierownikowi wyróżnionej wyprawy do Chin.

Dla zainteresowanych poniżej link do wywiadu z  Dariuszem Bartoszewskim wielokrotnym członkiem wyprawy:

http://gdynia.naszemiasto.pl/artykul/kolosy-2014-w-gdyni-tydzien-pod-ziemia-to-mozliwe-zapewnia,3311137,art,t,id,tm.html

 

Oficjalny wpis na stronie Kolosów podaje:

„EKSPLORACJA JASKIŃ
KOLOS
Sopocki Klub Taternictwa Jaskiniowego i Sekcja Grotołazów Wrocław
za wyprawę Hagengebirge 2014, kierowaną przez Marka Wierzbowskiego, której uczestnicy odkryli ponad 3 km korytarzy w Jaskini Ciekawej, dzięki czemu jej długość przekroczyła 15 km, a głębokość osiągnęła 583 m.

 

WYRÓŻNIENIE
Wyprawa Centralna Komisji Taternictwa Jaskiniowego Polskiego Związku Alpinizmu, kierowana przez Andrzeja Ciszewskiego
za wyeksplorowanie ponad 8 km korytarzy w jaskiniach chińskich prowincjach Hubei, Chongqing i Guizhou.”

2014 – Meduza, wyprawa do Czarnogóry KS-Pwr

Dodał Ewelina Raczyńska, 2 grudnia 2014 Kategorie: Aktualności, Działalność, Działalność zagraniczna, Ważne Brak komentarzy

W terminie 20-31 Sierpnia 2014 odbyła się Polsko – Czeska wyprawa, celem przedłużenia najdłuższej jaskini Czarnogóry Đalovića Pećiny w okolicach miasta Bijelo Polie.Skład wyprawy tworzyli grotołazi z trzech czeskich speleoklubów oraz członkowie Klubu Speleologicznego Politechniki Wrocławskiej oraz SGW.

 

Pierwotnym zadaniem wrocławskiej ekipy był wielogodzinny transport sprzętu nurkowego przez 5 km podziemnych korytarzy w okolice 1. syfonu jaskini. Wyjątkowo deszczowe lato wymusiło zmianę założeń wyprawy tj. nurkowania w syfonach, z powodu niebezpiecznie wysokiego poziomu wody w dolnych partiach jaskini. Nowym celem stało się zatem uzupełnienie dokumentacji mierniczej głównych ciągów oraz eksploracja partii w okolicy Wielkiego Labiryntu ? skomplikowanego systemu sal, chodników, przełazów i kominków.

Od pierwszego wejścia jaskinia zaskakiwała nas swoim niespotykanym pięknem. Olbrzymie stalagmity, kaskady naciekowe przemieszane szeregiem krystalicznych podziemnych jeziorek, budują niesamowity, wspaniały krajobraz. Bogactwo szaty naciekowej, stawia jaskinie jako jedną z najpiękniejszych w jakich do tej pory byłem. Trzeba przy tym zaznaczyć, że z uwagi na wysoki poziom wody widzieliśmy jedynie ułamek tego co oferuje jaskinia. Ogrom korytarzy oraz sal wskazuję na dalsze kontynuowanie się jaskini, co zostanie zweryfikowane po przenurkowaniu trzeciego syfonu.

Meduza, Czarnogóra 2014

Członkowie ekipy przez cztery dni spędzili w jaskini ponad 550 roboczogodzin, zmierzyli i splanowali 2 km chodników, wyeksplorowali dziesiątki metrów nowych ciągów, które wciąż czekają na skartowanie, a także wykonali serie zdjęć do dokumentacji jaskiniowej.

Jaskinia odkrywa kolejne tajemnice, których zgłębieniem Klub Speleologiczny zajmie się podczas przyszłorocznej wyprawy.

Szczegółowa relacja z wyprawy:

http://speleo.pwr.wroc.pl/component/content/article/9-wyjazdy/304-2014-meduza-czarnogora

 

Skład polskiej części wyprawy:

Pyka Adam (SCW) – kierownik wyprawy (polska część), Furgał Daniel (SGW), Grzęda Jakub, Kamiński Michał, Kulawczyk Agata, Malinowski Jacek, Mazur Andrzej, Mielnik Piotr, Noculak Agnieszka, Pęciak Agata, Piosek Magdalena, Ruda Paweł, Siwek Jagoda, Wawrzyniak Szymon, Wcisło Ariel, Żak Andrzej – wszyscy Klub Speleologiczny Politechniki Wrocławskiej

Skład czeskiej części wyprawy:

Zdeněk Motyčka (kierownik wyprawy), Petr Celý, David Čápek, Jiří Čermák, Luboš Glier, Tomáš Havelka, Vít Kaman, Marika Kučerová, Štěpán Mátl, Vojtěch Pazderka, Jan Sirotek, Zuzana Túčková, Zdenek Večeřa – wszyscy Česká Speleologická Společnost

 

 

Furgał Daniel