Kursowo w Wojcieszowie

Dodał Ewelina Raczyńska, 19 kwietnia 2016 Kategorie: Aktualności, Działalność, Działalność szkoleniowa, Ważne Brak komentarzy
Kursowo w Wojcieszowie

Spotykamy się o godzinie 8.00 na nieczynnej stacji PKP w Wojcieszowie. To nasz drugi wyjazd w jaskinie w ramach Kursu taternictwa jaskiniowego. Mroźny, ale słoneczny poranek zapowiadał słoneczny dzień. Dla nas jednak i tak nie miało to większego znaczenia, ponieważ ten dzień (a przynamniej jego większą część) planowaliśmy spędzić pod ziemią.

 

Po załatwieniu formalności (niezbędnych pozwoleń) i zapoznaniu się  z przepisami BHP na kopalni, ruszamy w kierunku Szczeliny Wojcieszowskiej. Początki szczeliny pokonujemy bez większych problemów, ale z czasem zaczynamy się orientować skąd  wzięła się nazwa. Z płucami i żołądkiem przyklejonym do kręgosłupa, na pełnym wydechu wijąc się jak dżdżownica na słońcu pokonujemy ostatni zacisk i przechodzimy do większej sali z kaskadami. Po zejściu na dół (czyli osiągnięcia dna) i chwili odpoczynku wracamy na górę.

W Szczelinie Wojcieszowskiej

W Szczelinie Wojcieszowskiej

W trakcie drogi powrotnej mamy okazje zapoznać się z elementami autoratownictwa. A obudzone ze snu zimowego nietoperze urządzają sobie spacery po plecach, dwójki naszych kolegów. Wędrując (nietoperze) w kierunku ich gardeł z otwartymi pyszczkami i ostrymi zębami wyglądają trochę groźnie. Jednak wcale nie miały zamiaru rozszarpać nam tętnic i wyssać krwi, one tylko echolokowały. Ale tego dowiedzieliśmy się kilka godzin później, siedząc przy kominku, grzejąc się i popiją piwo w agroturystyce.
Następnego dnia udajemy się do kamieniołomu Gruszka, gdzie pod czujnym okiem instruktorów trenujemy zjazdy i wychodzenia, trawersy a także poręczowanie i deporęczowanie. Ruch na ścianie był spory ponieważ oprócz nas zajęcia odbywali kursanci z WKTJ. Również tego dnia pogoda nam dopisała. Zajęcia zakończyliśmy ogniskiem i pieczeniem kiełbasy.

W kamieniołomie Gruszka

W kamieniołomie Gruszka

Sądząc po komentarzach starszyzny plemiennej ?na jednym wyjściu wydarzyło się więcej niż przez cały rok?. Wyjście do Szczeliny Wojcieszowskiej można uznać za udane.

Relacja kursantów

Weź udział w szkoleniach dla grotołazów w Niemczech!

Dodał Ewelina Raczyńska, 17 lutego 2016 Kategorie: Aktualności, Działalność szkoleniowa Brak komentarzy
Weź udział w szkoleniach dla grotołazów w Niemczech!

Zapraszamy do wzięcia udziału w międzynarodowym „kampie dla młodych grotołazów”. Szkolenia te organizowane są od lat w Niemczech, w dużej części dofinansowywane przez UE.

Szczegółowe informacje są dostępne na stronie: www.juhoefola.de

 

Formularz dostępny jest tutaj: formularz_zgłoszeniowy.

Zapraszamy!

 

Kurs Taternictwa Jaskiniowego już ruszył! Dołącz do nas!

Dodał przemek, 19 października 2015 Kategorie: Działalność, Działalność szkoleniowa Komentarze: 1
Kurs Taternictwa Jaskiniowego już ruszył! Dołącz do nas!

Kurs taternictwa jaskiniowego właśnie się rozpoczął!

Zapraszamy na drugi wykład , który odbędzie się 2 grudnia o godzinie 18:00:

Miejsce wykładu: duża sala wykładowa Instytutu Biologii Środowiskowej (dawny Instytut Zoologiczny) UWr, ul. Sienkiewicza 21

Jeśli nie byłeś na spotkaniu organizacyjnym, to nic straconego! Możesz ciągle do nas dołączyć, po prostu przyjdź na wykład!

Zarys programowy  kursu znajduje się na stronie PZA.

Szczegóły organizacyjne odnośnie kursu będą omawiane po pierwszym wykładzie.

Jeśli natomiast  teraz chcesz o coś zapytać czy dopytać, dzwoń lub pisz śmiało: tel. 607-592-403 (Marta) , e.raczynska@sgw.wroc.pl (Ewelina).

 

 

 

 

Katharsis wg Kursantki

Dodał Ewelina Raczyńska, 22 kwietnia 2015 Kategorie: Bez kategorii, Działalność szkoleniowa Brak komentarzy
Katharsis wg Kursantki

Długo zbierałam się, żeby napisać co nieco o obozie letnim w Tatrach w 2014 r. Mój pierwszy tekst miał za dużo cytowań z literatury i nie mógł zostać upubliczniony. Nie umiałam nazwać tego co przeżyłam będąc tam, nie mogłam znaleźć słów, które w sposób dokładny oddałyby to co czułam. Prawie po roku udało mi się odnaleźć właściwe słowo – KATHARSIS*. Bynajmniej znałam to słowo wcześniej ale nie przywiązywałam do niego zbyt dużej wagi. Prawdopodobnie dlatego, że nigdy wcześniej nie doświadczyłam emocji, które ono reprezentuje. Po kolei…

 

Przygotowania do wyjazdu jak zawsze były bardzo emocjonujące. Jak każdy wyjazd do którego człowiek się przygotowuje na 48h przed godziną zero zaczynają biegać Ci po brzuchu małe zajączki. Tu i ówdzie leży już część rzeczy (żebym nie zapomniała to zostawię już te buty na wierzchu). Przestrzeń życiowa zaczyna Ci się zmniejszać a sprzęt przejmuje władzę nad Twoim domem rozkładając swoje macki tu i ówdzie. Czasami powodując w środku nocy krzyk – Ałaaaaaa! znowu zostawiłaś tej szpej pod nogami!. Z czasem się przyzwyczajasz. Najgorsza jest ta noc przed wyjazdem. Czujesz jak rozrywa Cię od środka. Po prostu wulkan emocji. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że zupełnie nic nie możesz z tym zrobić. To minie samo, dopiero kiedy wyruszysz w podróż. Ciężko Ci zasnąć. Tysiące razy w myślach przebiegasz czy na pewno zabrałeś ze sobą wszystko. Czy na pewno w plecaku leży szczoteczka do zębów i plastry, nóż, przeciwbólowe, skarpetki, majtki, delta, lonżyk i kombajn…Czy wzięłam kombajn? A gdzie wpakowałam wewnętrzny? A kalosze….? Jakoś udaje Ci się zasnąć, choć śpisz jak w letargu. W napięciu i budzisz się przed budzikiem w obawie, że przegapisz godzinę odjazdu. Jak wstajesz to ciężko jest coś zjeść. Nic nie pasuje. Za wcześnie. Kto jada śniadanie o 4:00 nad ranem?! Wchodzi Ci tylko jogurt jeśli masz jakiś w lodówce, która świeci pustkami bo przecież wyjeżdżasz na tydzień lub dłużej i nic nie może w niej zostać. Ewentualnie herbata. Tylko nie zapomnij wypłukać kubka bo pleśń się zalęgnie! Wreszcie, jest…udało się! Jedziesz! Już w drodze i tak okazało się że czegoś nie wziąłeś. ZAWSZE coś zostanie w domu. Nie ważne , że jeździsz na tę wyprawę od lat i zawsze bierzesz to samo. ZAWSZE coś zostanie, i zawsze jest to coś innego. Każdego roku jakaś z twych rzeczy zostaje osamotniona i porzucona. Zazwyczaj już w połowie drogi godzisz się z tym, że zobaczysz ją za kilka tygodni. Przyjeżdżasz na miejsce do bazy. Nagle jak ręką odjął zajączki idą precz. Niepokój zostaje zastąpiony przez spokój. Zapada harmonia. Zupełna harmonia. Jesteś Ty, jest TU i TERAZ. Są góry. To najważniejsze. Wszystko potem jakoś się ułoży.

 

W Tatrach byłam po raz pierwszy w życiu w wieku 24 lat. Straszne, prawda? Też tak uważam.

Widziałam ogrom tych gór i zastanawiałam się co się wydarzy i jak to będzie. Założenie kursowe – zrobić 5 letnich przejść. Mój cel? Zrobić choć jedno…Naprawdę. Zastanawiałam się czy w ogóle dojdę pod jaskinię. Pierwsza jaskinia do jakiej poszliśmy to Ptasie Studnia.

Zastanawiałam się czy dojdę do jaskini- doszłam. Sukces!

Zastanawiałam się czy zejdę na dno jaskini – zeszłam. Sukces!

Zastanawiałam się czy wyjdę z jaskini – wyszłam. Sukces!

Zastanawiałam się czy zejdę do bazy – zeszłam. Sukces!

Matko aż tyle sukcesów jednego dnia! To chyba był dzień, w którym osiągnęłam najwięcej sukcesów w życiu w tak krótkim czasie. Już tam pierwszego dnia zaczęło się moje Katharsis. Byłam skrajnie z siebie zadowolona. Ja – dałam radę! Zaliczyłam jaskinię! ŁAŁ! Plan zrealizowany a jak coś się jeszcze uda zrobić to będzie dobrze. Oprócz oczyszczenia doznałam także innych emocji. Okazało się bowiem, że się boję. Boję się bardzo. Stromości, przepaści i wąskich ścieżek. Boję się tego, że się potknę ( mam słabe nogi) przewrócę się i spadnę w przepaść. Po prostu, że będzie po mnie. Spanikowałam do tego stopnia, że nie byłam w stanie zrobić kroku dalej. Wtedy zawołałam Krzysia.

– Krzysiu!

– co się stało? – odkrzyknął Krzyś prowadząc grupę na przodzie.

– mógłbyś tu przyjść?! -(przecież wstyd drzeć się przed całą grupą, że się boję!!!)

– już idę – odpowiedział.

– co się stało? – zapytał

– bo ja się boję takich dużych otwartych przestrzeni i wąskich ścieżek. Mógłbyś iść tuż przede mną?

(wydawało mi się, że jeśli ktoś idzie przede mną to w jakiś sposób mnie uratuje od sturlania się i niechybnej śmierci w razie potknięcia)

– nie ma problemu. To co idziemy?

No i poszliśmy. Ale to nie jedyna przygoda, którą Krzyś ze mną miał podczas tego wyjazdu…

Wieczorem po przyjściu do bazy w ruch poszły wszystkie maści jakie miałam. Kolana posmarowane, magnez wypity. Można odpoczywać. Na szczęście mieliśmy dzień restu, bo jak się okazało następnego dnia rano – ledwo mogłam się ruszać.

Potem przyszła kolej na Jaskinię Marmurową. Znowu tym znienawidzonym przeze mnie szlakiem. Ale już troszkę bliżej niż ostatnio. Znowu te same dylematy – dojdę? wejdę? wyjdę? zejdę?. Znowu kolejny dzień i kolejne sukcesy na koncie. Ale i tu się nie obyło bez problemów. Podczas powrotu zastała nas burza. Ale nie jakaś tam burza. Konkretna. Z piorunami strugami deszczu jak z Niagary i potokami błotnymi na ścieżkach. A o ile wchodzę wolno to schodzę jeszcze wolniej(kolana). No i tak na odkrytej przestrzeni idę sobie ja z wodą w butach a przede mną co jakiś czas czeka na mnie Krzyś. Wokół walą pioruny a my nawet nie mamy się gdzie schować. Zupełnie. Pozostaje tylko iść w dół, dół, dół. Kiedy weszliśmy w las, dogoniła nas inna ekipa. Kolega Mazurek wziął na siebie plecak Krzysia a Krzyś wziął mój. To troszkę przyśpieszyło tempo schodzenia ale i tak nie zmieniło faktu, że byłam daleko w tyle i na ostatnim kilometrze mimo że był prosty i równy nie udało mi się dogonić ciągle oddalających się głów.

Potem znowu dzień restu. Następnie zostałam kierownikiem wyjścia. Żeby atrakcji i stresów było mało było to wyjście na dwie ekipy ( każda ze swoim kierownikiem wyjścia) wraz z noclegiem w jaskini. Dużo by tu mówić – przyjedźcie i zobaczcie poczujcie ten klimat sami – przecież nie mogę wam zdradzić wszystkiego! 😉 Akcja udana! Wszyscy wrócili cali i zdrowi.

Dzień restu i na koniec ostania jaskinia Śnieżna. Właściwie wisienka na torcie, gdyby nie fakt, że z początkowej grupy 5 osób zostałam Ja, Marta i Łukasz. Uszczuplenie ekipy wpływa dość na morale grupy ale to jeszcze dałoby się jakoś przeżyć gdyby nie fakt przedawkowania przeze mnie magnezu… Czym się to kończy? Poczytajcie a dowiecie się jaki dramat przeżyłam…. Akcja udana wszyscy cało i zdrowo wrócili do domów :)!

 

Plan wykonany w 500%. Liczyłam na jedno przejście zrobiłam 5. Kolana bolały horrrrendalnie przez 3 tygodnie( najdłuższy uraz w życiu). Do tej pory dają o sobie znać, więc muszę dbać o nie potrójnie. Czy było warto? TAK! Nie oddałabym żadnej ze spędzonych tam chwil , nie wymieniłabym ani jednej sekundy za miliony dolarów. To czego tam się doświadcza jest bezcenne i jedyne w swoim rodzaju.

 

Życzę wam wszystkim z całego serca, abyście mogli doświadczyć takiego Katharsis, oraz aby towarzyszyli wam tacy ludzie jakich udało mi się spotkać na mojej drodze życia.

 

 

z pozdrowieniami dla was

Magdalena Szpunt

 

 

*Katharsis (gr. oczyszczenie) ? uwolnienie od cierpienia, odreagowanie zablokowanego napięcia, stłumionych emocji, skrępowanych myśli i wyobrażeń. Elementy od których katharsis oczyszcza uprzednio podlegają kontroli mechanizmów obronnych, ego lub kontroli społecznej (persony jednostki); Uwolnieniu podlegają przede wszystkim kompleksy psychiczne, które dezorganizowały funkcje ego i niepokoiły świadomość.

źródło: www.wikipedia.pl

Jaskinie jurajskie – kolejny weekend kursowy

Dodał Ewelina Raczyńska, 25 kwietnia 2014 Kategorie: Aktualności, Działalność szkoleniowa, Ważne Brak komentarzy
Jaskinie jurajskie – kolejny weekend kursowy

Jura Krakowsko – Częstochowska  IV wyjazd kursowy

Godzina wyjazdu niemiłosierna – piąta rano niedaleko dworca PKP / PKS. Co to dla mnie oznacza? Pobudka 3:45. Mamo, zmiłuj! Po dotoczeniu się w stanie półprzytomnym (spakowana w piątek wieczorem) na miejsce zbiórki spotykam znajome mi już twarze. Zapakowaliśmy się i w drogę! Przed nami nowe wyzwania – Jura Krakowsko – Częstochowska i jej (nie) zbadane dziury. Do Olsztyna docieramy na 8:10 i o dziwo nie jesteśmy pierwsi! Drugi samochód już czeka. W ciągu kilku kolejnych minut przyjeżdżają następne samochody. Gdy już wszyscy kursanci dotarli, wsiadamy do naszych wehikułów i zmierzamy do celu znanego tylko co poniektórym. Przejeżdżamy kilka kilometrów
i robimy desant. Kierowcy wracają do Olsztyna by zostawić auto w bezpiecznym centrum. My czekamy z bagażami na najważniejszy samochód – ten zawierający instruktorów i sprzęt. Po kilku minutach wylegiwania na słońcu przyjeżdżają! Od tego momentu wszystko nabiera tempa. Wyładunek i podział sprzętu, rozdzielenie szpeja. Gdy wszyscy mają co potrzeba ruszamy pod „Skałę”. Tam zostawiamy bagaż i przegrupowujemy się. Powstają w sumie cztery grupy. Jedna dowodzona przez Szymona, druga przez Prezesa , trzecia przez Kojota i czwarta przez Agnieszkę. Pierwsze dwie idą dziś do Koralowej , Olsztyńskiej i Wszystkich Świętych, pozostałe trenują na skale i zjeżdżają do Studniska.
Ja znalazłam się w drugiej ekipie. Przed nami najpierw Studnisko. Zdecydowanie zjazd zapiera dech w piersiach. Mimo, że nie jadę szybko bo lina ciężko przechodzi przez rolkę (muszę ją niemal błagać by przesunęła się choć o kawałek) lina balansuje w górę i w dół jak jojo. Czuje się ten dreszcz braku kontroli nad tym co się dzieje wokół i świadomość, że nie wszystko zależy od Ciebie. Rozglądam się wkoło i widzę otaczające mnie piękno. Coś wspaniałego! Gdy dosięgam stopami spągu wszystko znika i jest znów bezpiecznie.

Po całym dniu zmagań ze skałami udajemy się na upragniony pod namiotami nocleg. Rozstawiamy namioty i palimy ognisko jedząc kiełbaski. Ciemność wokół nas pogłębia się a wraz z nią zapada noc. My również zmęczeni kładziemy się spać.

Następnego dnia mają miejsce liczne roszady – jedni jadą do domu, inni idą się wspinać na skały składy grup muszą więc ulec zmianie. Trafiam do grupy Agnieszki co w sumie powoduje powstanie żeńskiej grupy. Udajemy się z godzinnym opóźnieniem ( wyjście miało być o 8:00) do Wszystkich Świętych a następnie do Olszyńskiej. Marcie szybko udaje się zaporęczować Wszystkich Świętych zaś Basi na koniec bardzo dobrze idzie deporęczowanie. Nad wszystkim czujnym okiem czuwa Agnieszka. Obie jaskinie tworzą zwartą całość, więc przejście między jedną a drugą odbywa się pod ziemią. Wejście do Olsztyńskiej rozpoczyna zacisk. Nie jest on taki zły, ale trzeba wyrównać oddech i popatrzeć jak biegnie ścieżka zanim pójdzie się dalej, bo potem nie można odwrócić głowy dopóki nie przejdzie się całego około dwumetrowego wąskiego odcinka. Potem trochę czołgania tu
i tam i finalnie możemy stanąć na własne nogi i ujrzeć światło dzienne. Dalej czeka nas szybka wizyta w Koralowej i zbieramy się pod skałą. Przebieramy w czyste ubrania (albo i nie) i czekamy na wszystkie grupy. Gdy pod skałę dociera ostatnia grupa zbieramy się na parking gdzie nieco ponad dobę wcześniej robiliśmy desant. Teraz cały cykl zmienia kolejność. Oddajemy sprzęt i liczymy karabinki kompletując zestawy sprzętu. Gdy wszystko skompletowane jedziemy do domu!

Magdalena Szpunt

Wojcieszów – pierwsze jaskinie

Dodał Ewelina Raczyńska, 23 kwietnia 2014 Kategorie: Aktualności, Działalność szkoleniowa, Ważne Brak komentarzy
Wojcieszów – pierwsze jaskinie

Wojcieszów  III wyjazd kursowy .

Po przyjeździe na miejsce ( do chatki w Wojcieszowie użyczonej nam przez Speleoloklub Bobry Żagań) dość sprawnie rozpakowaliśmy bagaże i przygotowaliśmy się do wyjścia w teren. Oczywiście nie obyło się bez małego zamieszania i tego kto w jakiej jest grupie, kto nie przyjechał, a kto zapomniał jak się nazywa. Parę minut po godzinie dziewiątej podzieleni na grupy, zwarci i gotowi wyruszyliśmy z instruktorami w plener. Pogoda nie była najgorsza – nie padało i nie zdmuchiwało nam czapek z głów, więc można by powiedzieć „czego więcej chcieć?”. W planach były następujące jaskinie: Szczelina Wojcieszowska, Aven w Połomie, Nowa, Błotna (Pierwszomajowa), Imieninowa, Północna Duża oraz Północna Mała. Po zdobyciu pierwszych w naszym życiu jaskiń i doznaniu szeregu niesamowitych emocji, wróciliśmy zmęczeni, ale jakże zadowoleni (!) do bazy noclegowej. Tam zaczęła się biesiada. Rozmów nie było końca tak jak i tematów. Co chwilę tylko jakby mniej biesiadników zostawało przy wspólnym stole i tak nie wiedzieć kiedy, biesiada dobiegła końca a wszyscy posnęli w (nie?)swoich śpiworkach. Kolejny dzień zaczął się równie szybko jak poprzedni. Szybkie śniadanie i wymarsz w kolejne jaskinie jako, że nie wszystkie grupy były we wszystkich jaskiniach w dniu poprzednim. Po powrocie jak zwykle zmęczeni i jak zwykle zadowoleni szykowaliśmy się do wyjazdu. Zamiatanie i zmywanie, odkurzanie i sprzątanie trwały na całego. Tak oto stawiliśmy czoła naszym pierwszym jaskiniom – naszym lękom, obawom, strachom. Część z nich została pokonana, a część czeka na kolejne starcie. Czy w ogóle uda nam się kiedykolwiek pokonać cały znajdujący się w nas strach?

Magdalena Szpunt

 

Weekend w Wojcieszowie 01.2014

Dodał Ewelina Raczyńska, 24 lutego 2014 Kategorie: Aktualności, Działalność szkoleniowa, Ważne Brak komentarzy
Weekend w Wojcieszowie 01.2014

Drugi wyjazd kursowy miał miejsce w Wojcieszowie. Był to najzimniejszy weekend tej zimy, chociaż potocznie uważa się, że zimy w tym roku nie było. Niemniej jednak temperatura o 8.00 rano pierwszego dnia wynosiła -14°C. Aby nie tracić czasu, spotkaliśmy się od razu na miejscu ? pod nieczynnym kamieniołomem Gruszka. Po rozdaniu sprzętu, część osób od razu ubrała uprzęże, zgarnęła szpeje z linami i udała się na górę, aby przygotować drogi dla reszty. Pozostali zajęli się drugim obowiązkowym elementem ćwiczeń ? ogniskiem, bez którego ciężko byłoby przeżyć w takich warunkach. Prawie do zmroku ćwiczyliśmy przepinki, poręczowanie i deporęczowanie, raz po raz schodząc rozgrzać zmarznięte ręce przy ognisku lub upiec kiełbaskę.

W bazie niestety nie dane nam było odpocząć. Po rozpakowaniu i posileniu się, zarządzono ćwiczenia z węzłów. Nie pomogło śpiewane w nieskończoność ?sto lat? jako odpowiedź na pytania ?kto przyniesie liny??, ?czy są już wszyscy??, ?zaczynamy??. Instruktorzy byli nieugięci. Oczywiście ćwiczenia wyszły nam na dobre, bo okazało się, że nie znamy wszystkich wad i zalet każdego węzła, a nie każdy węzeł, który wygląda jak motyl, jest motylem! Później nastąpił ciąg dalszy integracji i rekreacji, w trakcie których mogliśmy m.in. obejrzeć filmy zrealizowane przez kolegów z Klubu.

Kolejny dzień, również przeznaczony na ćwiczenia, zaczął się wcześnie, chociaż później niż planowano. Po dotarciu na kamieniołom okazało się, że pogoda nam sprzyja. Ściana, na której ćwiczyliśmy, skąpana była w słońcu. Tym razem proporcje osób stojących przy ognisku i wiszących na linach, zmieniły się. Ognisko nie dawało tyle ciepła, co promienie słoneczne, więc tym chętniej ubraliśmy uprzęże, sprzęt i ruszyliśmy do góry, aby ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć..

Wielkie dzięki dla instruktorów i nie-instruktorów z Klubu za pomoc, czasem zmuszanie, bycie ?lożą szyderców?, za rady i instrukcje, za wybranie najzimniejszego weekendu sezonu, ale i marznięcie razem z nami! Z niecierpliwością czekamy na kolejny wyjazd, tym razem w głąb ziemi!

Marta Buderecka

Pierwszy wyjazd kursowy…Marianówka’13

Dodał Ewelina Raczyńska, 23 grudnia 2013 Kategorie: Aktualności, Działalność szkoleniowa, Ważne Brak komentarzy
Pierwszy wyjazd kursowy…Marianówka’13

Do Marianówki zjeżdżaliśmy się stopniowo, samochód po samochodzie już od ósmej rano w sobotę 14 grudnia. Miejsce przed domkiem znikało coraz to szybciej a krzaki uginały się pod ciężarem samochodów. Wszędzie wokół życie jak gdyby stanęło przyprószone białą pierzyną. Nieustający wiatr i chłód przypominał nam, że jesteśmy w górach. W oczekiwaniu na rozpoczęcie działań i przybycie kadry szkoleniowej udaliśmy się w poszukiwaniu sławetnej skały, na której zapowiadał się jutrzejszy trening. Oczywiście biorąc sobie do serca głęboko przysłowie „kto drogę do domu skraca ten zawsze później wraca” poszliśmy skrótem i wylądowaliśmy na prywatnej posiadłości z ogromnym psem. Szczęście, że właściciel był blisko i przywołał rozjuszoną bestię do nogi. Gdy uszliśmy z życiem udaliśmy się drogą w głąb lasu. Po niedługiej chwili ujrzeliśmy cel naszej podróży – skała. Oględziny nie zajęły nam długo i czem prędzej wróciliśmy do domku, który na całe szczęście okazał się już otwarty. Wszyscy rozkładał swoje rzeczy szukając miejsca na wieczorny nocleg a także badając  tajemnicze zakątki domku. Oczywiście odczytaliśmy regulamin, aby każdy wiedział, które lufciki od kominka należy dokręcać,
a jakie odkręcać, aby było ciepło. W pokoju noclegowym na poddaszu ugościła nas gorąca temperatura 6?C.

W międzyczasie liny w magiczny sposób rozwiesiły się same w szopie tuż obok domu. Podzieliliśmy się na dwie grupy i zabraliśmy żwawo do nauki w temperaturze około zera. Grupa, która w danym momencie nie walczyła z wiążącymi się wokół szyi linami praktykowała pod czujnym okiem doświadczonego kolegi zawiązywanie węzłów. Kominek żwawo pyrkał i zaczynało robić się ciepło. Po kilku godzinach niezmordowanego treningu nastąpiła zmiana grup,a następnie ich wymieszanie. Tak ćwiczyliśmy aż do zmroku,
a gdy on nastąpił przy sztucznym oświetleniu. Około godziny 17:00 nasi dzielni szkoleniowcy byli już zmęczeni tak samo jak ich kursanci więc wszyscy udali się na zasłużony obiadek i popitek. Po sowitym posiłku ( niektórzy nawet ugotowali potrawkę z kurczaka w sosie śmietanowo pieczarkowym podawaną na ryżu) zaczęła się integracja! Gier planszowych, rozmów, uścisków, tańców ,ognisk i ostrych papryczek nie było końca! Obowiązkowo został odśpiewany hymn sekcji ….Jak to po ciężkim dniu bywa wszyscy udali się na spoczynek, aby kolejnego dnia wstać pełni sił i gotowi do walki w prawdziwym terenie pełnym niebezpieczeństw!

Magdalena Szpunt

Obóz tatrzański Lipiec 2013

Dodał Ewelina Raczyńska, 15 lipca 2013 Kategorie: Bez kategorii, Działalność, Działalność szkoleniowa, Ważne Brak komentarzy
Obóz tatrzański Lipiec 2013

Był deszczowy sobotni wieczór jak dojechaliśmy do Truchanówki w Zakopanem. Część osób w pokoju zwanym Trolownią (po kilku dniach bagienna woń wypełniła pokój, stąd zapewne nazwa) już żwawo worowała liny, przygotowując się na pierwszą wyprawę w tatrzańskie dziury, gdzie każdy chociaż raz miał obowiązek zaplanować akcję, poręczować i zdeporęczować drogę w jaskini. Z planami w rękach liczyliśmy więc dokładnie karabinki i długość lin potrzebnych na wykonanie akcji. Kiedy każdy z trzech zespołów był już gotowy, łyczek piwka lub czegoś mocniejszego, coś na ząb i spać. Rano pobudka około 6tej rano, każda grupa zwarta i gotowa ruszyła w drogę ze swoim instruktorem.

Pierwszego dnia pogoda w Tatrach nas nie rozpieszczała, padało i po błotnistych szlakach niełatwo było iść, ale daliśmy radę, bo kto jak nie my żądni przygód kursanci. Jak zazwyczaj na poprzednich wyjazdach byliśmy w pełni sił, żeby gadać i śpiewać, sącząc procentowe napoje do rana, tak tym razem niemal każdy zmęczony i brudny po powrocie, marzył tylko o ciepłym prysznicu i łóżku. Tylko niezmordowani instruktorzy siedzieli do późnych godzin nocnych snując opowieści o eksploracjach i innych ekscesach.

W poniedziałek ?Dzień Świstaka?… Znowu pobudka wcześnie rano, podejście pod górę, żeby później zjechać kilkaset metrów w dół wielkimi (jak dla nas kursantów) studniami, podziwianie ogromnych podziemnych przestrzeni, żeby na koniec wrócić po linach w górę, zejść z gór i wrócić do bazy przed godziną alarmową. We wtorek chwila regeneracji na szkoleniu z miłym panem z TPN-u o tym co nam wolno, a czego nie oraz garść ciekawych informacji o Tatrach i topografii. Potem laba, a że pogoda wyjątkowo nam dopisała to każdy korzystał jak miał ochotę z wolnego czasu, część relaksowała się w promieniach słonecznych na terenie parku, a część z nas zajęła się praniem ubrań6 i suszeniem kombinezonów. Wieczorem piwko, grill i luźne pogawędki i oczywiście szykowanie lin i sprzętów na kolejną akcję. Znów trzy dzielne drużyny zmierzały na kolejny podbój Hadesu.

Pogoda była piękna chociaż upał przy wchodzeniu pod górę trochę dokuczał. Obładowani jedzeniem, szpejami, szliśmy w karawanie niczym wielbłądy. Jedna z grup zabrała nawet gitarę i w jaskini pod Wantą miał miejsce koncert unplugged Urban & Company pod batutą Krzysztofa Furgała. Przygoda i doznania niesamowite! A rano znów to samo, ale dzielnie zmobilizowaliśmy się i ruszyliśmy naprzód. Po wyjściu z dziury gdzieś w oddali ciemne chmury straszyły burzą, więc czym prędzej zaczęliśmy schodzić w dół.

W piątek rano kolejna i ostatnia już na tym wyjeździe akcja. Najpierw powoli jak żółw ociężale ruszyła drużyna po skale ospale – tak można by opisać piątkowy poranek w dużym skrócie, ale aż tak źle nie było, determinacja i bliskość celu czyli przejście pięciu jaskiń dodała energii i pomimo bólu tu i ówdzie dzielni kursanci ze swoimi kapitanami na czele wieczorem wrócili z tarczą, a nie na tarczy, mogąc wypowiedzieć słowa Veni,Vidi, Vici.

Następna taka akcja zimą, oby też wszystko poszło tak sprawnie i wesoło.

Kursanci

Wojcieszów 16-17 marca 2013

Dodał wojtek, 29 marca 2013 Kategorie: Działalność szkoleniowa, Ważne Brak komentarzy
Wojcieszów 16-17 marca 2013

Na wiadomość, że na trzeci wyjazd kursowy wybieramy się po raz kolejny do Wojcieszowa, od razu pojawiły się uśmiechy na naszych twarzach. Po ostatnim wyjeździe kursanci bardzo polubili to miejsce ze względu na dużą ilość jaskiń w okolicy, no i Dziuśkowa Chata okazała się bardzo przytulna. Lecz tym razem nie dane nam było chodzić po jaskiniach. Instruktorzy przygotowali dla nas dwa dni ćwiczeń na linach. Nie byliśmy tym szczególnie zachwyceni bo ani tam ciasno, mokro ani brudno tak jak w jaskini, no ale cel był jasno określony – mieliśmy nauczyć się poręczować.

Standardowo najgorliwsi kursanci przybyli już w piątek i tak jak ostatnio udało się nam nie zaspać na sobotnie zajęcia. Widać poranne wstawanie weszło już nam w krew. W sobotę pogoda nam dopisała, bezchmurne niebo, słońce i delikatny mróz sprawiły, że z przyjemnością ruszyliśmy do kamieniołomu. Tutaj nasi ukochani instruktorzy przygotowali dla nas cztery trasy, którymi mieliśmy zejść, a następnie zdeporęczować i zaporęczować od nowa. Na wytrwałych czekało na dole ognisko i kiełbasa, co skutecznie łagodziło opór kursantów w chodzeniu po linach. Po powrocie do bazy instruktorzy przygotowali dla nas ćwiczenia w wiązaniu węzłów. Wiązanie węzłów zainteresowało nas tak bardzo, że zeszło nam na tym z dobre 3 godziny.

Pogoda w niedzielę nadal była niezła, ale niestety pojawił się porywisty, mroźny wiatr co sprawiło, że do kamieniołomu wyruszyli najwytrwalsi. Zadanie to samo co dzień wcześniej tylko, że w ramach urozmaicenia na ścianie pojawił się trawers. Tym razem kursanci ochoczo ruszyli na skałę i dzielnie na niej wytrwali pomimo targającego wiatru. Było nas tylko ośmiu, więc morale było dużo wyższe niż dzień wcześniej i mogliśmy liczyć na wzajemną pomoc. Wisząc na linach i przekrzykując wiatr udzielaliśmy sobie nawzajem cennych wskazówek, co niejednemu z nas pomogło pokonać trasę dużo szybciej. Niedzielne zajęcia skończyliśmy nieco wcześniej, ponieważ czekało nas jeszcze sprzątanie bazy.

Jak zwykle ze smutkiem opuszczaliśmy Wojcieszów, ale na szczęście nie trwał on długo bo już czekamy na następne zajęcia, które odbędą się na Jurze!