Kurs w Wojcieszowie – pierwsze jaskinie

Dodał Ewelina Raczyńska, 5 maja 2017 Kategorie: Aktualności, Działalność, Działalność szkoleniowa, Ważne Brak komentarzy

W dniach 22-23.04.2017 r. odbył się kolejny już wyjazd młodych, coraz sprawniejszych kursantów do Wojcieszowa, w którym gościliśmy już wcześniej przy okazji naszego pierwszego kursowego wyjazdu.

Budziki zadzwoniły, dla tych którzy musieli dostać się do bazy Bobrów w Wojcieszowie o nieracjonalnej godzinie 5:00. Punkt 8:30 mieliśmy być zwarci i gotowi do wyjścia, rzecz jasna nie do końca nam się to udało J.

Wcześniej lub później zebraliśmy się wszyscy w bazie, skąd mieliśmy wyruszyć. Warto zwrócić uwagę, że wyjazd ten był pierwszym wyjazdem, gdzie mieliśmy pójść do jaskiń, co było to nie lada wyzwaniem dla nas jako wciąż jeszcze ćwiczących swoje umiejętności (nawet z węzłów) kursantów.

Grupa licząca 19 osób została podzielona na cztery mniejsze grupy 4-5 osobowe, bo jak wiadomo 19 osób w jednej jaskini to już delikatna przesada, nie wliczając w to tak niezbędnych dla nas instruktorów.

W celu ćwiczenia naszych umiejętności jaskiniowych mieliśmy odwiedzić, w zależności od grupy, cztery wojcieszowskie jaskinie tj. Błotna, Nowa, Imieninowa i najbardziej wymagająca Szczelina Wojcieszowska.

SAM_6115

Sprzęt w odróżnieniu od poprzednich wyjazdów nie czekał skompletowany, gotowy do drogi. Tym razem sami (a tak na serio to z dużą pomocą instruktorów) musieliśmy skompletować potrzebny ekwipunek tzn. wystarczającą ilość karabinków i rzecz jasna odpowiednio dużą ilość metrów liny (nikt przecież nie chce żeby w połowie jaskini zabrakło mu liny). Chyba powinniśmy bardziej skupiać się na wykładzie o szkicach jaskiń J.

Po przybyciu pod jaskinie trzeba było się przygotować i to nie tylko fizycznie. Ubrani w nieprzemakalne stroje i uprzęże z całym wyposażeniem zaczęliśmy schodzić w ciemną otchłań jaskini. Z dobrymi czołówkami ciemność nie wydała się taka straszna.

Było ciasno, czasami nawet bardzo. W praktyce dowiedzieliśmy się czemu Szczelina Wojcieszowska zawdzięcza swoją nazwę. Ten jeden zacisk zwany, przez starszych kolegów, ,,cipą” był dla niektórych olbrzymim wyzwaniem. Wchodzenie, schodzenie, ponowne wchodzenie i to wszystko z poręczowaniem. Było ciężko i mokro, a do tego to błoto…… Nieraz padły słowa ,,dlaczego ja to robię’’ i inne trochę mniej przyzwoite J. Przejścia nie należały do najłatwiejszych, ale żadne siniaki ani zadrapania nie są w stanie odebrać nam satysfakcji z każdego pokonanego metra. Z każdym trudniejszym przejściem czuliśmy coraz większą dumę, co motywowało nas do iścia dalej i dalej.     

SAM_6012       

Dodatkowym argumentem do pokonywania tras były imponujące studnie z kaskadami, oraz mnogość form naciekowych, do tej pory widzianych tylko na zdjęciach, które robiły wrażenie nawet na doświadczonych grotołazach.

Po kilku godzinach poznawania jaskiń wróciliśmy do bazy Bobrów, gdzie można było ogrzać się przy kominku z różnego rodzaju trunkiem w rękach i powymieniać doświadczeniami przebytego dnia. Wieczorem, podczas opowieści o trudnościach przebytych jaskiń swoją obecnością zaszczycił nas prezes SKW Roman Bebak, jeden z odkrywców Jaskini Czarnej. Tak jak podczas styczniowego pobytu w bazie, tak i na tym wyjeździe nie brakło śmiałków chętnych przejść sławetny zacisk pod sufitem, nie zawsze z powodzeniem. Tak właśnie minął nam pierwszy dzień kursu w większości spędzony w wyczekiwanych jaskiniach.

Kolejny dzień rozpoczęliśmy o 8:30, tak samo jak poprzedni, od przygotowania odpowiedniego sprzętu, żeby i tym razem nie brakło nawet jednego karabinka. Poszło nam to zdecydowanie sprawniej, więc z podbudowanym ego wyruszyliśmy by zmierzyć się z kolejnym wyzwaniem, jakie czekało na nas w innych już jaskiniach.

Tym razem było łatwiej. Czuliśmy się odrobinę pewniej i całe przejście odbywało się znacznie sprawniej, mimo bolących kolan i łokci. Coraz szybciej szło nam wiązanie węzłów podczas poręczowania, choć ciągle wahaliśmy się, który okaże się odpowiedni. Po tym wyjeździe chyba każdy potrafi już zawiązać ósemkę, motylka czy uszy zająca z zawiązanymi oczami. Wyprawę skończyliśmy wczesnym popołudniem, tak aby mieć jeszcze czas na porządki w bazie i powrót do wytęsknionego domu.

SAM_6105

Cały wyjazd można podsumować w dwóch słowach: ,,Było warto’’. Pokonaliśmy nie tylko swój strach przed ciemnością i ciasnymi przejściami, ale także przed nieznanym. Zawdzięczamy to przede wszystkim naszym instruktorom, którzy na każdym kolejnym metrze motywowali nas i służyli swoim doświadczeniem w każdej sekundzie ekspedycji. Można być pod wrażeniem ich niezłomnej cierpliwości i spokojem, mimo licznych błędów jakie popełnialiśmy podczas poręczowania. Myślę że po tym wyjeździe każdy z nas powinien być z siebie zadowolony, ponieważ teraz śmiało może powiedzieć, że zaliczył swoją, być może pierwszą, jaskinię w życiu.

Relacja kursantki:

Ewelina Urbanik

 

 

Kursanci na górze Birów, Jura 02/2017

Dodał Ewelina Raczyńska, 6 marca 2017 Kategorie: Aktualności, Działalność szkoleniowa, Ważne Brak komentarzy

Kursowy wyjazd na Jurę Krakowsko-Częstochowską, Gród na górze Birów.

Pod koniec lutego spotkaliśmy się z 20 osobową grupą na parkingu pod górą Birów punktualnie o dziewiątej rano. Sprawne wydawanie sprzętu, podział wspólnego szpeju do zaniesienia pod skałę, pobranie kolekcji kasków i w drogę. Po 10 minutach ujrzeliśmy ścianę…wysoką ścianę. Ku naszemu zaskoczeniu, liny nie były zaporęczowane, a do tego przyzwyczaiły nas wcześniejsze treningi. Po haśle „sami dziś poręczujecie” w głowie kołatało się jedno pytanie: „Ale, że o co chodzi?”.

 

Birów 02/2017

 

Ubranie się w uprząż i skompletowanie sprzętu o dziwo zajęło nam tym razem mniej niż godzinę 😛 Poprawek było nie tak wiele jak na pierwszym wyjeździe, co w znaczący sposób podniosło nasze morale.

Kolejną nową dla nas czynnością była procedura układania liny w workach jaskiniowych. Grupy były podzielone na tych co trzymają wora (do tego zadania nie wiedzieć dlaczego zgłosiły się same dziewczyny 😉 ) i na tych co worują linę.

Po sklarowaniu sprzętu udaliśmy się okrężną drogą na szczyt góry Birów, gdzie dobieraliśmy się w zespoły. Naszym zadaniem było zaporęczować linę zgodnie z zasadami sztuki, więc na pewno przydały się wcześniejsze treningi wiązania węzłów. W zależności od konfiguracji punktów wybieraliśmy ósemkę albo skrajny tatrzański. Gruba, jaskiniowa lina nie jest jednak tak łatwa to okiełznania w terenie, jak znacznie cieńsze liny dynamiczne, na których trenowaliśmy w domu przed wyjazdem. Hasło „za duże ucho” usłyszał chyba każdy z nas.

 

Birów 02/2017

 

Najtrudniejsze są początki. Osoba, która jako pierwsza poręczowała linę, musiała nauczyć się schodzić z workiem jaskiniowym przyczepionym do punktu centralnego. Worek, w którym znajdowała się lina plątał się ze sznurkami od lonży niemiłosiernie i stanowił dodatkowe utrudnienie zadania. Instruktorzy bacznie przyglądali się naszym poczynaniom, reagowali na każde nasze pytanie, poprawiali błędy i rozwiewali nasze wątpliwości. Dzięki temu czuliśmy się bezpiecznie. Dobierając odpowiednie punkty staraliśmy się dotrzeć do podnóża góry, pilnując by ósemki były perfekcyjne, a lina nie ocierała o skałę. Nie zawsze nam to wychodziło, więc zadaniem kolejnej schodzącej osoby była próba naprawy naszych błędów. Tak jak nam obiecywali instruktorzy, chodziliśmy w górę, w dół a nawet w bok 🙂

Jesteśmy na dole!!! No dobra, rozpiera nas duma z pierwszego zejścia na własnoręcznie zaporęczowanej linie. Odpoczynek? Nie ma czasu, od razu analizujemy popełnione błędy sygnalizowane przez następną osobę.

No to w górę. Teraz czas na deporęczowanie liny. Już teraz rozumiemy, dlaczego tak ważne jest poprawne wiązanie węzłów. Kilkukrotnie trenowaliśmy poręczowanie i deporęczowanie, żeby właściwa technika weszła nam w krew.

 Birów 02/2017

 

Skrupulatnie zbieraliśmy karabinki z punktów. Niektóre jednak, mimo tej ogromnej skrupulatności, za sprawą zapewne magii pozostały tam na noc. Dlatego podejrzewamy, że nie była to sprawka kursantów, lecz – jak głosi legenda – tajemniczych stworzeń, które oblegają zamek w Ogrodzeńcu i pilnują góry Birów.

Nadszedł czas na odpoczynek. Nocowaliśmy w pięknej okolicy i bardzo przyjemnych warunkach w zajeździe „Orlik” w Kiełkowicach. Wieczorem odbyło się podsumowanie naszych zmagań z liną. Instruktorzy pytali nas o pojawiające się problemy i trudności, a także sytuacje, które nas zaskoczyły. Dzięki temu mieliśmy możliwość nauki nie tylko na swoich, ale i na cudzych błędach. Pytali również o to czy pamiętamy jak wygląda skała na której poręczowaliśmy liny…I dopiero wtedy zdaliśmy sobie sprawę z tego, że każdy z nas był tak skupiony na wykonywaniu zadania, iż nie rozejrzał się nawet wokół siebie by podziwiać widoki. Nie sprawdziliśmy jaki kąt nachylenia ma ściana, czy porastały ją rośliny czy też nie, czy pojawiały się sople lub wycieki wodne…co to to nie! Nas interesowało tylko to, aby poprawnie przepiąć przyrządy i przeżyć 😉

Dostaliśmy bardzo cenną i obowiązkową do zapamiętania uwagę, by precyzyjniej komunikować się między sobą, gdyż w jaskiniach maksymalna odległość między nami to odległość głosu. Niby proste, a odkrywcze 🙂

 

Birów 02/2017

 

Nauczyliśmy się jak ważne jest by sygnalizować i reagować na hasło: „Kamień”, dlatego na drugi dzień nawet spadający liść był wystarczającym zarzewiem by usłyszeć „Kamieeeeeeń”. Podczas wieczornego spotkania poćwiczyliśmy po raz kolejny węzły, bo jak wiadomo – nauki nigdy za mało.

Część kursantów po zakończonej lekcji poszła spać, zasypiając przy dźwiękach jakże uroczych kołysanek „Ona lubi pomarańcze, o o o”, „Tylko czarne oczy, śnią się czarne oczy”. Mieliśmy to szczęście, że w zajeździe odbywała się impreza urodzinowa z cyklu tzw. „osiemnastek” i dzięki temu mogliśmy sobie odświeżyć listę przebojów. Niezmordowana trudami dnia część kursantów utrwalała wiadomości przy piwie – wszak nazwa: góra Birów zobowiązuje ;). W międzyczasie odbywały się podrywy 18- lub 81- latek, gdyż po wyczerpującym fizycznie dniu mogły się poprzestawiać cyferki.

Następny dzień rozpoczęliśmy o 8:30. Wiedzieliśmy już, że mamy zrobić poręcz i deporęcz. A tu niespodziewanie kolejne wyzwanie. Trzeba się było przepinać przez węzeł. Walka z crollem i ze strachem przy zrywaniu shunta była emocjonującą rozgrywką z wewnętrznymi lękami. W niedzielę byliśmy pewni tego co umiemy i świadomi tego co jeszcze musimy udoskonalić.

Birów 02/2017

 

Nasze odczucia po wyjeździe 🙂 Aż dziw bierze, że człowiek ma tyle mięśni, można było je wszystkie policzyć, bo każdy jeden bolał na swój sposób. W pełni wykorzystaliśmy czas na naukę tego, co znaliśmy już w teorii bądź ćwiczyliśmy na sucho. Wiemy, że możemy liczyć na wsparcie każdego instruktora w trudnym dla nas momencie. Bardzo dziękujemy Kojotowi, Piotrowi za cenne rady, bez nich niejednokrotnie mielibyśmy problemy z zejściem na dół. Wielkie dzięki dla Eweliny, która była z nami zawsze i wszędzie, gdziekolwiek ktoś prosił o pomoc, bądź miał jakiekolwiek wątpliwości. Ewelina była na górze, na dole, w środku ściany (klonowała się???) No i wiadome: bez naszej Pani Kierowniczki wyjazd nie doszedłby do skutku. Dagmara! Świetna robota – nie tylko organizacja ale Twoje zaangażowanie oraz pozytywne emocje niezmiennie motywowały nas do rzetelnego treningu.

Relacja kursantów

Kurs w Wojcieszowie 01/2017

Dodał Ewelina Raczyńska, 20 stycznia 2017 Kategorie: Aktualności, Działalność, Działalność szkoleniowa, Ważne Brak komentarzy

W dniach 14-15. 01.2017r odbył się pierwszy wyjazd kursowy do Wojcieszowa.

Punktualnie o 9 spotkaliśmy się pod bazą Bobrów, gdzie nasza kochana Pani kierownik rozdała nam niezbędny sprzęt, a następnie wszyscy pojechaliśmy na kamieniołom „Gruszka” gdzie miały odbywać się ćwiczenia.

 

 SAMSUNG CSC

 

Nasi doświadczeni już koledzy, poszli zaporęczować dla nas liny, a my w tym czasie mieliśmy się przygotować. Okazało się, że ubranie uprzęży w mróz wcale nie jest takie proste jak się wydaje, a prawidłowo chyba nikomu się nie udało za pierwszym razem! A bo to źle wpięta lonża, a delta do góry nogami….poprawkom nie było końca. Jeszcze tylko dopasowanie lonży i parę ćwiczeń na ziemi jak zerwać shunta, czy jak się przepiąć i możemy zdobywać ścianę.

SAMSUNG CSC

 

Po paru godzinach ćwiczeń, zmęczeni udaliśmy się na obiad a potem do bazy. Gdzie wieczorem, przy kominku i piwie, wiązaliśmy węzły, słuchaliśmy opowieści starszych kolegów, niektórzy odważni przechodzili nawet przez zacisk pod sufitem. To był niewątpliwie bardzo długi, emocjonujący i męczący dzień.

 

SAMSUNG CSC

 

Niedziela to również ćwiczenia technik linowych od bladego świtu , a Ci co odpoczywali wiązali węzełki na przemian ogrzewając się przy ognisku.

 

Relacja kursantów

 

Zapraszamy na kurs!

Dodał Ewelina Raczyńska, 4 października 2016 Kategorie: Aktualności, Działalność, Działalność szkoleniowa, Ważne komentarze 2

Kurs taternictwa jaskiniowego rusza już niedługo!

Zapraszamy na spotkanie organizacyjne, które odbędzie się 26 października o godzinie 19:00.

 

 

Miejsce wykładu: duża sala wykładowa Instytutu Biologii Środowiskowej (dawny Instytut Zoologiczny) UWr, ul. Sienkiewicza 21.

Zarys programowy  kursu znajduje się na stronie PZA.

Jeśli natomiast  teraz chcesz o coś zapytać czy dopytać, dzwoń lub pisz śmiało: tel. 536 261 858 (Dagmara) , sgw@sgw.wroc.pl.

KURS SGW

Z cyklu wyjazdy kursowe: Wspinaczka

Dodał Ewelina Raczyńska, 3 października 2016 Kategorie: Aktualności, Działalność, Działalność szkoleniowa, Ważne Brak komentarzy

Tym razem spotkaliśmy się we wsi Jerzmanowice, nieopodal Słonecznych Skał, jak później się okazało jest to bardzo trafna nazwa. Po szybkim „ogarnięciu” sprzętu ruszyliśmy pod skałę. Gdy udało nam się znaleźć kawałek cienia, rzuciliśmy plecaki i rozpoczęliśmy zajęcia.
Na początek dowiedzieliśmy się jak poprawnie założyć uprząż wspinaczkową i dopasować kask. Po przyswojeniu tych podstawowych informacji rozpoczęliśmy naukę asekuracji z użyciem kubków lub półwyblinki. Kiedy wszyscy kursanci przeciągnęli 300 metrów liny, mogliśmy wreszcie ruszyć się wspinać. Pod koniec pierwszej drogi okazało się, że ilość przygotowanych przeze mnie karabinków i ekspresów była niewystarczająca, jednakże nim zdążyłem się obrócić, ekspresy wraz z instruktorem (tę rolę w pierwsze dwa dni pełniła Agnieszka) czekały na mnie pod koniec drogi. Następnie budowa górnego stanowiska z widokiem na Jerzmanowice i okolicę… Aż się chciało krzyknąć: „Magda! Nie idź tak szybko, posiedzę tutaj jeszcze sobie i pooglądam widoki”. Jednak komendy to komendy, a i słońce nie odpuszczało przez cały wyjazd.
Kiedy partner wspinaczkowy doszedł do górnego stanowiska – mogliśmy zjeżdżać – tym razem bez użycia rolki i shunta, a z blokerem i kubkiem. Tego dnia nadal uczyliśmy się jak budować poszczególne stanowiska oraz jak przepinać się do zjazdu.
Drugiego dnia rozpoczęliśmy od drogi o trudności IV, gdzie wspinaliśmy się na własnej asekuracji ze wsparciem batinoxów. Do tego dnia nie myślałem, że potrafię i mogę zaufać włożonej przeze mnie kości – nie ufałem – ale jaki można mieć wybór podczas spadania ze ściany? Po zawiśnięciu na linie i odetchnięciu spojrzałem w górę i uświadomiłem sobie, że wiszę na włożonej przeze mnie kości.
Po skończeniu trudniejszych dróg wróciliśmy do łatwiejszych, aby utrwalić sobie zjazdy i zakładanie stanowisk, jak również odblokowanie kubka przy górnej asekuracji. Kiedy ostatnia para zjechała ze ściany, instruktor zakończył zajęcia w Jerzmanowicach, a my mogliśmy się zapakować i pojechać do Rzędkowic na „drugi etap” zajęć, które prowadził Prezes naszej kochanej Sekcji, Mirek.
W sobotę spotkaliśmy się na parkingu nieopodal skałek. Następnie po szybkim przypomnieniu zasad umieszczania kości w skale mogliśmy sklarować linę i pójść się wspinać – tym razem z założeniem stanowiska pośredniego. Po zjeździe, aby trochę odetchnąć w cieniu, nauczyliśmy się jak zakładać wędkę na stanowisku.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA


Wieczorem udaliśmy się na odpoczynek nad zbiornikiem retencyjnym, gdzie rozpaliliśmy ognisko, a odważniejsi wskoczyli do wody.
Następnego dnia wyruszyliśmy w poszukiwaniu zacienionych dróg na skale Apteka. Między kolejnymi drogami mogliśmy wyruszyć na trudną eksplorację okolicznych grot, w których najprawdopodobniej miała miejsce eksploatacja szpatu.
Po szybkim skompletowaniu sprzętu i sprawdzeniu czy niczego nie zgubiliśmy, ruszyliśmy w kierunku parkingu, a następnie kierunek obiadek (bo przecież nie można jechać na głodnego) i wreszcie do domu 🙂
Było to kilka dni bardzo owocnej pracy, ale jak to w sekcji bywa, nie zabrakło również żartów i uśmiechu.

Maciej Maciejewski

Obóz letni w Tatrach 2016 – relacja kursantów

Dodał Ewelina Raczyńska, 14 września 2016 Kategorie: Aktualności, Działalność szkoleniowa, Ważne Brak komentarzy

W końcu udało się wyjechać na obóz letni w Tatry. Przez niewielką pomyłkę i niedogadanie, zmuszeni byliśmy szukać innego sposobu dojazdu do Zakopanego. Jakimś cudem  w ostatniej chwili udało nam się złapać bla-bla cara. Jak się okazało trafiliśmy na kolegów ze Speleoclubu, którzy jechali wspinać się w Tatry Wysokie. Niestety, nie pamiętam jak mieli na imię, mimo to dziękuje im za bezpieczną i miło spędzoną podróż.

Po przyjeździe kadra chciała nas zakwaterować w „Trollowni”. Po szybkich oględzinach pokoju, wdarliśmy się na drugie piętro i zajęliśmy inny wolny pokój. „Trollownia” została do użytku dla później przybyłych strażaków. Następnego dnia czekało nas pierwsze wyjście z prezesem naszego klubu – Mirkiem, do jaskiń Kasprowej Wyżniej i Średniej. Klubowi koledzy mówili, że akcja będzie łatwa. Po zapoznaniu się ze szkicami technicznymi przystąpiliśmy do worowania lin, a następnie do łóżek odpocząć przed jutrzejszym wyjściem.

Wystartowaliśmy o ósmej rano, zarzuciliśmy plecaki i wyruszyliśmy na spotkanie z pięknymi tatrzańskimi krajobrazami. Pierwszy odcinek szlaku szybko zweryfikował zapewnienia klubowych kolegów o łatwej akcji. Po paru godzinach podejścia Mirek postanowił sprawdzić nasze przygotowanie z topografii Tatr. Nasza grupa pochylona nad mapą starała się odgadnąć nasze położenie. Mimo wielu pomysłów instruktor poinformował nas, że ścieżka, której szukamy, została dobre dwadzieścia minut za nami. Sprężyliśmy się i po pół godzinie byliśmy pod dużym piarżyskiem. Po godzinie wdrapywania się po luźnych kamieniach doszliśmy do miejsca, gdzie przebraliśmy się w kombinezony i poszliśmy szukać otworu. Po przedarciu się przez krzaki, dość szybko znaleźliśmy się pod otworem. Jaskinia Kasprowa Wyżnia okazała się być niewielką jaskinią, ale zjazd do Kasprowej Średniej, okraszony niesamowitym widokiem, zrekompensował mały niedosyt spowodowany rozmiarem jaskini. Pierwsza akcja w Tatrach była niesamowita i pokazała, że nie jest to wcale takie łatwe.

Kolejnego dnia padało i nie wyszliśmy w góry. Po paru godzinach zaczęliśmy się nudzić, jednak dzień uratowała gra z użyciem łyżki i kart do gry. Wieczorem przyjechało więcej ludzi m. in. Krzysiek Furgał, który miał być naszym instruktorem kolejnego dnia. Jako następną jaskinię wybraliśmy Nadkotliny.  Rano zebraliśmy się w sobie i wyruszyliśmy na akcję. Jeszcze nie wiedzieliśmy, że czeka nas najtrudniejsze podejście na całym obozie. Pod otwór podchodziliśmy ok. czterech godzin, sprawdzając kondycję naszej grupy. Nogi wchodziły nam do ‚żopy’ i od czasu do czasu myśleliśmy „po co to robimy?”. Każdy jednak chciał pokazać na co go stać i przełamać własne słabości. Ostatkiem sił i prawie na czworaka udało nam się wyjść na równą powierzchnię, z której już było widać interesujący na otwór.

img_5557

Jaskinia przywitała nas 70-cio metrową lufą, co zrobiło na nas ogromne wrażenie. Cała jaskinia była niezwykle interesująca, było niemalże wszystko: zjazdy, trawersy, czołganie się w błocie. Po 4 godzinach akcji wyszliśmy na zewnątrz i zaczęliśmy szykować się do powrotu. Po wejściu na szczyt naszym oczom ukazała się piękna panorama Tatr Zachodnich. Wracaliśmy Kobylarzowym Żlebem – bardziej nieprzyjemnego zejścia jeszcze nie doświadczyłem. Stwierdziliśmy, że podejście było męczące, a zejście  mocno… irytujące.

Powrót zajął nam trochę więcej niż zakładaliśmy, także końcowy fragment szliśmy po ciemku, co sprzyjało wkręcaniu Marty w wymyśloną przez nas bajeczkę o czarnym Bambrze bez głowy, który łapie zbłąkanych grotołazów i wciąga ich na dno Jaskini Śnieżnej i zostawia ich z samym shuntem i kawałeczkiem liny. Po trzech godzinach od wyjścia z jaskini wróciliśmy na bazę i szybko rozeszliśmy się po pokojach, wiedząc, że nazajutrz czeka nas szkolenie z tym „panem” od korników i dzień restu, ale to już inna historia.

Wołodia Raspopov

Kursanci w jurajskich jaskiniach

Dodał Ewelina Raczyńska, 21 maja 2016 Kategorie: Aktualności, Działalność, Działalność szkoleniowa, Ważne Brak komentarzy

Trzeci wyjazd kursowy w 2016 roku za nami. Tym razem celem było zwiedzenie jaskiń na Jurze Krakowsko – Częstochowskiej. Spotkaliśmy się w miejscowości Olsztyn, gdzie ostatnie przygotowania odbyły się pod wyłaniającymi się od czasu do czasu z mgły ruinami XIV wiecznego zamku. Padało. Przejazd do bazy noclegowej kilka kilometrów dalej dał okazję na rozgrzewkę przed trudami wspinaczki. Hasła „po to kupiłem takie auto, żeby nim nie jeździć po lasach” i „czy ktoś może tu wrócić z łopatą” dziś wydają się zabawne.

Z polany przy leśniczówce ruszyliśmy z plecakami w głąb Rezerwatu Sokole Góry, w kierunku jaskiń. Szlaki turystyczne w tym rejonie są bardzo przyjemne dla pieszych czy rowerowych wędrówek, a czasami spotkać można osoby jeżdżące konno. Leśne ścieżki, które od czasu do czasu przechodzą w pojedyncze ostańce czy niewielkie wzniesienia, łączą zalety spokojnych leśnych terenów z rozmaitością dawaną przez góry.

Po kilkunastominutowej przechadzce trafiliśmy pod wybraną ścianę, gdzie rozłożyliśmy treningowe trasy linowe. Część grupy ruszyła do jaskini Koralowej. Na szczęście zdążyli przed deszczem. Przez pierwsze kilka godzin bowiem pogoda nas nie rozpieszczała. Przelotne acz obfite opady zmuszały nas do spędzenia kilku godzin we wnęce pod skałą albo w wybudowanym na prędce szałasie (i to najpiękniejsze w całym kursie taternictwa jaskiniowego – uczy dawać sobie radę w każdych warunkach). Czas poza linami wykorzystaliśmy na słuchanie opowieści Kojota i Krzysia o ich wyprawach, podróżach i wartych zapamiętania zdarzeniach z jaskiń na całym świecie.

W trakcie dwóch dni zwiedziliśmy kilka jaskiń w najbliższej okolicy i poćwiczyliśmy elementy techniczne chodzenia po linach na skale. Po przejściach z Wojcieszowa, jaskinie jurajskie stanowią bardzo miłą odmianę. Pomimo niewielkich trudności w Jaskini Koralowej takich jak wspinaczka na war, czy z próby przeciśnięcia się przez baak pomiędzy jaskiniami Olsztyńską i Wszystkich Świętych, mieliśmy dużo frajdy z chodzenia w dużych przestrzeniach i w dużych komnatach. W porównaniu z jaskiniami Góry Połom, te z pewnością można nazwać przyjemnymi.

Chyba do tradycji należy element integracji, którym był sobotni wieczór. Wieczorem się rozpogodziło, a po rozbiciu namiotów na krótką chwilę wyszło słońce. Ognisko i kiełbaski, z toczącymi się do północy opowieściami, dyskursami i rozmowami. Wszystko w atmosferze biwaku, na łonie natury i w doborowym towarzystwie. A na koniec niezapomniany hymn.

 

Relacja kursanta – Piotr Braciak

Kursowo w Wojcieszowie

Dodał Ewelina Raczyńska, 19 kwietnia 2016 Kategorie: Aktualności, Działalność, Działalność szkoleniowa, Ważne Brak komentarzy

Spotykamy się o godzinie 8.00 na nieczynnej stacji PKP w Wojcieszowie. To nasz drugi wyjazd w jaskinie w ramach Kursu taternictwa jaskiniowego. Mroźny, ale słoneczny poranek zapowiadał słoneczny dzień. Dla nas jednak i tak nie miało to większego znaczenia, ponieważ ten dzień (a przynamniej jego większą część) planowaliśmy spędzić pod ziemią.

 

Po załatwieniu formalności (niezbędnych pozwoleń) i zapoznaniu się  z przepisami BHP na kopalni, ruszamy w kierunku Szczeliny Wojcieszowskiej. Początki szczeliny pokonujemy bez większych problemów, ale z czasem zaczynamy się orientować skąd  wzięła się nazwa. Z płucami i żołądkiem przyklejonym do kręgosłupa, na pełnym wydechu wijąc się jak dżdżownica na słońcu pokonujemy ostatni zacisk i przechodzimy do większej sali z kaskadami. Po zejściu na dół (czyli osiągnięcia dna) i chwili odpoczynku wracamy na górę.

W Szczelinie Wojcieszowskiej

W Szczelinie Wojcieszowskiej

W trakcie drogi powrotnej mamy okazje zapoznać się z elementami autoratownictwa. A obudzone ze snu zimowego nietoperze urządzają sobie spacery po plecach, dwójki naszych kolegów. Wędrując (nietoperze) w kierunku ich gardeł z otwartymi pyszczkami i ostrymi zębami wyglądają trochę groźnie. Jednak wcale nie miały zamiaru rozszarpać nam tętnic i wyssać krwi, one tylko echolokowały. Ale tego dowiedzieliśmy się kilka godzin później, siedząc przy kominku, grzejąc się i popiją piwo w agroturystyce.
Następnego dnia udajemy się do kamieniołomu Gruszka, gdzie pod czujnym okiem instruktorów trenujemy zjazdy i wychodzenia, trawersy a także poręczowanie i deporęczowanie. Ruch na ścianie był spory ponieważ oprócz nas zajęcia odbywali kursanci z WKTJ. Również tego dnia pogoda nam dopisała. Zajęcia zakończyliśmy ogniskiem i pieczeniem kiełbasy.

W kamieniołomie Gruszka

W kamieniołomie Gruszka

Sądząc po komentarzach starszyzny plemiennej ?na jednym wyjściu wydarzyło się więcej niż przez cały rok?. Wyjście do Szczeliny Wojcieszowskiej można uznać za udane.

Relacja kursantów

Weź udział w szkoleniach dla grotołazów w Niemczech!

Dodał Ewelina Raczyńska, 17 lutego 2016 Kategorie: Aktualności, Działalność szkoleniowa Brak komentarzy

Zapraszamy do wzięcia udziału w międzynarodowym „kampie dla młodych grotołazów”. Szkolenia te organizowane są od lat w Niemczech, w dużej części dofinansowywane przez UE.

Szczegółowe informacje są dostępne na stronie: www.juhoefola.de

 

Formularz dostępny jest tutaj: formularz_zgłoszeniowy.

Zapraszamy!

 

Kurs Taternictwa Jaskiniowego już ruszył! Dołącz do nas!

Dodał przemek, 19 października 2015 Kategorie: Działalność, Działalność szkoleniowa Komentarze: 1

Kurs taternictwa jaskiniowego właśnie się rozpoczął!

Zapraszamy na drugi wykład , który odbędzie się 2 grudnia o godzinie 18:00:

Miejsce wykładu: duża sala wykładowa Instytutu Biologii Środowiskowej (dawny Instytut Zoologiczny) UWr, ul. Sienkiewicza 21

Jeśli nie byłeś na spotkaniu organizacyjnym, to nic straconego! Możesz ciągle do nas dołączyć, po prostu przyjdź na wykład!

Zarys programowy  kursu znajduje się na stronie PZA.

Szczegóły organizacyjne odnośnie kursu będą omawiane po pierwszym wykładzie.

Jeśli natomiast  teraz chcesz o coś zapytać czy dopytać, dzwoń lub pisz śmiało: tel. 607-592-403 (Marta) , e.raczynska@sgw.wroc.pl (Ewelina).